- KOMENTARZ
- WIADOMOŚCI
Rosja nie potrzebuje czołgów, a problem nie leży na granicy. Czego nie dostrzega Polska?
Wywiadu szefa Agencji Wywiadu płk. Pawła Szoty dla „Rzeczpospolitej” nie należy lekceważyć. Szota trafnie ostrzega, że Moskwa może prowadzić wojnę jeszcze przez kilka lat, Putin będzie dążył do eskalacji, a prowokacje wobec państw bałtyckich są realnym scenariuszem. Ma też rację, gdy mówi o działaniach poniżej progu otwartej wojny. Dla Kremla są tanie. Dla Zachodu – politycznie niewygodne.
Płk Szota w rozmowie z „Rzeczpospolitą” słusznie ostrzega przed rosyjską eskalacją, ale jego wywiad pokazuje tylko część problemu. Pełna diagnoza musi zejść niżej: do Białorusi jako zaplecza operacyjnego, Ukrainy jako podatności politycznej, przestępczych wykonawców, pieniędzy, granicy, transportu i instytucji, które zbyt często widzą tylko własny fragment tej samej operacji.
Nie jest to jednak pełna diagnoza strategiczna państwa. To ważne ostrzeżenie wywiadowcze, ale zawężone naturalną perspektywą Agencji Wywiadu. Słabiej pokazuje to, co dla Polski może okazać się decydujące: Białoruś jako zaplecze operacyjne, styk wywiadu i kryminału, polsko-ukraińskie napięcia oraz fakt, że rosyjska presja może uderzać przede wszystkim w Polskę i Bałtów, a nie w całe NATO naraz.
Kluczowe jest więc nie tylko pytanie, czy Kreml będzie eskalował, lecz także jak ta eskalacja zostanie przełożona na ludzi, pieniądze, transport, granicę, komunikatory, przestępców, fałszywe firmy i uderzenia w infrastrukturę.
Moskwa i Mińsk przecinają polskie podziały kompetencyjne. Uszkodzone tory mogą zostać opisane jako problem infrastruktury, podejrzany przelew jako sprawa finansowa, człowiek zatrzymany przy granicy jako sprawa migracyjna, a podpalenie jako zwykłe przestępstwo. Tymczasem dla przeciwnika może to być jeden ciąg: zlecenie, pieniądze, wykonawca, cel, uderzenie, odwrót i narracja po fakcie.
Wobec Polski działa system nacisku oparty na pośrednikach, przestępczym wykonawstwie i zaprzeczalności. Wywiad, przestępczość, dywersja, dezinformacja, migracja, cyberprzestrzeń i polityka historyczna nie są w nim oddzielnymi polami. Są częściami jednej metody. Jej celem jest odbudowa rosyjskiego pasa kontroli na dawnym imperialnym pograniczu.
Putin nie odbudowuje ZSRR. Odbudowuje perymetr imperium
Powtarzanie, że Putin chce odbudować ZSRR, fałszuje sens jego polityki. Nie odtwarza komunizmu ani republik radzieckich. Próbuje odbudować rosyjski perymetr imperialny: pas państw zależnych, zastraszonych albo trwale niestabilnych. Reuters w tekście „Putin, chwaląc Piotra Wielkiego, porównuje swoją misję do »zwracania« ziem Rosji” opisywał wystąpienie Putina z czerwca 2022 roku. To był język imperialnej rewizji granic.
Z tej logiki nie wynika automatycznie otwarta wojna z całym NATO. Polska i państwa bałtyckie mogą stać się celem punktowych działań poniżej progu formalnej wojny: na granicy z Białorusią, na szlakach transportowych, w cyberprzestrzeni, wokół infrastruktury, w diasporach i sporach historycznych. Perymetr można budować nie czołgami, lecz sabotażem, migracją, przestępczymi wykonawcami, cyberatakami, agenturą wpływu i akcjami, których Moskwa może się później wypierać.
Nie trzeba kopii zielonych ludzików
Polska nie powinna czekać na scenariusz zielonych ludzików, do którego nawiązuje w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” płk Szota. Bardziej prawdopodobne jest uderzenie, które na pierwszy rzut oka nie będzie wyglądało jak działanie obcego państwa: incydent z migrantami, uszkodzone tory, dron, podpalenie, fałszywa flaga, atak na magazyn, uderzenie w transport wojskowy albo cywilny, zabójstwo osoby związanej z rosyjską lub białoruską opozycją lub przedstawicielem ukraińskiej diaspory.
Zobacz też

Po takim zdarzeniu natychmiast rusza kampania informacyjna. Jedne kanały sieją chaos, inne sugerują winnych, kolejne przekonują, że państwo nie panuje nad sytuacją. Celem nie jest teren. Celem jest chaos decyzyjny. Im dłużej instytucje i opinia publiczna spierają się o kwalifikację zdarzenia, tym większy sukces Kremla.
Rosja nie potrzebuje marszu na Warszawę. Wystarczy podważyć zaufanie do instytucji, skłócić Polaków z Ukraińcami, zastraszyć diaspory, rozhuśtać pogranicze i pokazać, że wschodnia flanka NATO żyje w stałym chaosie.
Białoruś jest zapleczem operacyjnym Moskwy
Białoruś nie jest dodatkiem do Rosji. Reżim Łukaszenki działa jako rosyjskie proxy i zaplecze operacyjne przeciw Polsce. Z jego terytorium można prowadzić nacisk migracyjny, rozpoznanie granicy, działania wobec białoruskiej opozycji, logistykę agenturalną, prowokacje, cyberuderzenia, przerzut ludzi i organizowanie odwrotu po akcjach na polskim terytorium.
Sprawa dywersji na torach pokazała ten mechanizm w praktyce. Polskie władze wskazywały na rosyjski trop, a podejrzani po akcji swobodnie wrócili na Białoruś. Model jest czytelny: zlecenie z rosyjskiego kierunku, wykonawcy zastępczy, polska infrastruktura jako cel i terytorium białoruskie jako przestrzeń odwrotu. Polska mierzy się z jednym układem operacyjnym: Kreml wyznacza kierunek, Mińsk daje terytorium, służby, granicę, kanały nacisku i bezpieczny tył.
Dywersja cudzymi rękami
Najgroźniejsza nie jest dziś wyłącznie klasyczna agentura. Najgroźniejsza jest strefa styku między działaniami wywiadowczymi, dywersją i przestępczością zorganizowaną, w której służby Moskwy i Mińska wykorzystują wykonawców o profilu kryminalnym jako narzędzia operacyjne.
Nie trzeba wysyłać kadrowego oficera wywiadu. Wystarczy kurier, kierowca, przemytnik, migrant, człowiek z długami, osoba szantażowana, pośrednik z półświatka, firma transportowa, hostel, magazyn, konto bankowe albo osoba zwerbowana przez komunikator. Zlecenie może pochodzić z aparatu służb, a wykonawca nadal może być sprawcą o profilu kryminalnym.
Zobacz też

Europol w raporcie „Ocena zagrożenia poważną i zorganizowaną przestępczością w Unii Europejskiej 2025” wskazywał, że aktorzy hybrydowi coraz częściej wykorzystują sieci przestępcze jako narzędzia ingerencji. Właśnie na tym polega ten model: państwo daje cel, służba kierunek, pośrednik zlecenie, a przestępca wykonuje zadanie. Następnie Moskwa może przedstawiać sprawę jako zwykły kryminał i zaprzeczać własnej roli.
Wojna pod progiem już trwa
Te scenariusze przestały być teorią. Dywersja na torach i zabójstwo Siemiona Skrepetskiego pokazują, że Polska weszła w fazę realnej konfrontacji z rosyjsko-białoruskim aparatem operacyjnym. W sprawie torów państwo zareagowało, wskazało kierunek rosyjski i podjęło działania śledcze. Ale atak nastąpił. W przypadku zabójstwa rosyjskiego artysty i krytyka Kremla w Białej Podlaskiej Policja i ABW zatrzymały podejrzanego. Ale człowiek został zastrzelony na terytorium Polski.
Nie trzeba publicznie przesądzać, że było to zabójstwo zlecone przez rosyjskie służby. Już sama konieczność badania wątku obcej ingerencji pokazuje nową fazę zagrożenia. Różnica między reakcją a prewencją jest zasadnicza: służby coraz lepiej odpowiadają po zdarzeniu, ale pytanie brzmi, czy potrafią wcześniej rozbić człowieka z komunikatora, pośrednika, przelew, transport, mieszkanie, telefon, fałszywą narrację i kanał ucieczki.
Diaspory i pogranicze są polem werbunku
Skoro przeciwnik używa pojedynczych wykonawców, będzie szukał ich tam, gdzie istnieją zależności, strach, pieniądze, kontakty i dostęp do infrastruktury. Nie potrzebuje masowej piątej kolumny. Potrzebuje pojedynczych ludzi: z rodziną po drugiej stronie granicy, długami, problemami pobytowymi, kryminalną przeszłością albo dostępem do transportu, magazynu czy konta bankowego.
Ukraińska i białoruska diaspora w Polsce nie jest jeszcze zbiorowym zagrożeniem. Często sama staje się celem rosyjskich i białoruskich służb. Właśnie dlatego pozostaje polem gry: można ją infiltrować, obserwować, zastraszać, szantażować i wykorzystywać przez pojedyncze osoby. Rosyjskie służby mogą użyć pojedynczego Ukraińca do dywersji, żeby uderzyć w polską infrastrukturę i rozpalić antyukraińskie emocje. Reżim Łukaszenki może naciskać na ludzi mających rodzinę, majątek albo dawną pracę po drugiej stronie granicy.
Osobnym polem jest Podlasie. Historyczna, autochtoniczna mniejszość prawosławno-białoruska nie jest diasporą, lecz częścią polskiego społeczeństwa. Moskwa i Mińsk mogą próbować grać na lokalnej pamięci, religii, języku, peryferyjności i narracjach o „ochronie prawosławia”. Dla służb nie liczy się deklarowana tożsamość. Liczy się dostęp, zależność, podatność i użyteczność.
Ukraina jako podatność, nie tylko pole wojny
Z perspektywy Polski Ukraina to nie tylko pole rosyjskiej wojny. To także źródło napięć społecznych, historycznych i politycznych, które Moskwa może wykorzystać przeciw relacjom Warszawy z Kijowem.
Kryzys polsko-ukraiński jest jednym z najwygodniejszych pól rosyjskiej operacji wpływu. Nie zaczyna się w Moskwie. Kreml go wykorzystuje, wzmacnia i zatruwa, ale nie stworzył go z niczego. Paliwo dostarcza sam Kijów: polityką historyczną, moralnym szantażem wobec sojuszników, lekceważeniem polskich kosztów wojny i przekonaniem, że Polska ma pomagać bez prawa do własnej pamięci, interesów i godności.
Ukraina jest ofiarą rosyjskiej agresji, ale nie daje jej to moralnej bezkarności wobec Polski. Ten mechanizm było widać przy zbożu, protestach granicznych, Przewodowie i UPA. Najostrzej widać go w sprawie Wołynia. Dla Kijowa UPA może być symbolem antymoskiewskiego oporu. Dla Polski pozostaje symbolem masowych mordów na ludności cywilnej. Nie można żądać pełnej empatii dla Buczy, Irpienia i Mariupola, a jednocześnie traktować polskich grobów na Wołyniu jak niewygodnego problemu dyplomatycznego.
Jeden krwawy incydent może podpalić relacje
Przy obecnym napięciu nie potrzeba wielkiej operacji, żeby doprowadzić do gwałtownego kryzysu w relacjach polsko-ukraińskich. Wystarczy krwawy incydent: bójka zakończona śmiercią, atak na ukraiński lokal, napaść na polskiego rolnika, prowokacja przy transporcie, podpalenie obiektu związanego z pomocą dla Ukrainy, zabójstwo działacza, fałszywa flaga albo starcie grup, które natychmiast zostanie opisane jako „polski atak na Ukraińców” albo „ukraiński atak na Polaków”.
Wirtualna Polska opisała bójkę młodych Polaków i Ukraińców nad zalewem Lubianka w Starachowicach. Jeden z uczestników został zraniony ostrym narzędziem. To zwykła sprawa kryminalna, ale właśnie takie zdarzenie może zostać natychmiast przejęte przez propagandę: jedni nazwą je „ukraińską przemocą”, drudzy – „polskim atakiem na Ukraińców”, a rosyjskie kanały dostaną gotowy materiał do podgrzewania konfliktu.
Dla Kremla byłby to scenariusz idealny. Wystarczy wykonawca, cel, kilka nagrań, anonimowe konta, kanały Telegramu i hasła o Wołyniu, UPA, niewdzięczności Ukrainy albo polskiej zdradzie. Jedna ofiara śmiertelna może wywołać większy efekt polityczny niż setki komunikatów propagandowych.
Taki incydent uderzyłby nie w magazyn amunicji, lecz w najważniejszy polityczny zasób Ukrainy w Polsce, jakim jest jeszcze w dalszym ciągu społeczna zgoda na dalszą pomoc. Jeżeli Polacy uznają, że za wsparcie dostają pogardę, oskarżenia i przemoc, każda kolejna decyzja o pomocy Kijowowi może wywołać gwałtowne protesty.
Największa luka jest między służbami
Wszystkie te przykłady prowadzą do jednego wniosku: rosyjsko-białoruska konfrontacja z Polską nie mieści się w jednym silosie. Nie jest osobno sprawą wywiadu, kontrwywiadu, Policji, granicy, kolei, cyberbezpieczeństwa, KAS czy prokuratury. Przechodzi przez wszystkie te obszary naraz.
ABW może widzieć dywersję. AW – kierunek rosyjski i białoruski. Policja – przestępstwo. Straż Graniczna – ruch osób. KAS – pieniądze. Kolej – uszkodzone tory. NASK – dezinformację. Samorząd – lokalny konflikt. Przeciwnik nie rozdziela tych elementów. Widzi jeden ciąg działań: rozpoznanie, zlecenie, finansowanie, wykonawcę, cel, uderzenie, odwrót i narrację po fakcie.
Dlatego odpowiedź nie może być resortowa. Potrzebny jest jeden obraz zagrożenia, a nie kilka równoległych postępowań prowadzonych osobnymi kanałami. Najgroźniejsze są miejsca styku: między przestępczością a dywersją, migracją a rozpoznaniem, przelewem a zleceniem, propagandą a realnym incydentem.
Kontrwywiad musi rozpoznawać, kiedy za pozornym zdarzeniem kryminalnym stoi Moskwa albo Mińsk. Policja, KAS, Straż Graniczna i prokuratura muszą mieć możliwość szybkiego uderzenia w zaplecze, zanim dojdzie do podpalenia, sabotażu, prowokacji albo ataku na infrastrukturę. Największa luka nie polega więc na braku jednej instytucji. Polega na braku wspólnego obrazu przeciwnika. Moskwa i Mińsk prowadzą działania jako całość. Polska nie może odpowiadać na nie w kawałkach.
Prawdziwa stawka
Rosja nie musi pokonać NATO. Wystarczy, że pokaże, iż Sojusz nie potrafi ochronić własnej wschodniej granicy przed chaosem. Nie musi zdobyć Warszawy. Wystarczy, że podważy zaufanie Polaków do Ukraińców, Ukraińców do Polaków, obywateli do instytucji, mniejszości do większości, pogranicza do centrum i sojuszników do realności gwarancji.
Stawka jest większa niż pojedynczy incydent. Chodzi o zdolność polskiego systemu bezpieczeństwa do rozpoznania konfrontacji, która już trwa poniżej progu formalnej wojny. Jeśli Polska będzie czekała wyłącznie na klasyczne uderzenie militarne, przegapi mechanizm produkowania chaosu przez cudze ręce: legalne osłony, przestępczość, diaspory, pogranicze i spór polsko-ukraiński.
Płk Paweł Szota słusznie ostrzega przed rosyjską eskalacją, ale polska odpowiedź nie może zatrzymać się na poziomie ostrzeżenia wywiadowczego. Musi zejść do poziomu wykonawców, pieniędzy, granicy, przestępczości, transportu, komunikatorów, diaspor i instytucji, które dziś zbyt często widzą tylko własny fragment tej samej operacji.
Kreml nie prowadzi wojny przeciw jednej polskiej instytucji. Uderza w całe państwo. Dlatego odpowiedź też musi być państwowa, a nie resortowa.
Wojna pod progiem wojny nie zaczyna się od czołgów. Zaczyna się od człowieka z telefonem, przelewu bez twarzy, zdjęcia torów, podpalonego obiektu i państwa, które zbyt późno składa te elementy w całość.





