Narkotyki, krew i geopolityka. Mapa amerykańskiej wojny narkotykowej
Współczesna wojna narkotykowa w obu Amerykach nie przypomina starcia państwa z kartelem, lecz konflikt sieciowy, w którym rynek, przemoc i geopolityka wzajemnie się napędzają. Od polinarkotykowego rynku w USA, przez szlaki tranzytowe, po zdecentralizowane struktury przestępcze w Ameryce Łacińskiej – ta wojna nie ma jednej mapy. Ma za to sieć połączeń, w których narkotyki są paliwem, krew jest kosztem, a geopolityka ramą, która pozwala temu systemowi trwać mimo kolejnych interwencji.
W Ameryce od lat toczy się wojna, która nie ma frontu, nie ma defilad zwycięstwa i nie ma jednej daty, kiedy „się ona zaczęła”. Jest za to codzienny, powtarzalny rytuał: syreny, izby przyjęć, odcięte oddechy, rodziny, które odbierają telefon w środku nocy. Według danych Centers for Disease Control and Prevention – National Center for Health Statistics w 2023 roku w USA zmarło ponad 105 tysięcy osób z powodu przedawkowania narkotyków.
To liczba, która nie mieści się w języku zwykłego kryzysu zdrowotnego. Dla porównania: w wojnie w Wietnamie zginęło około 58 tysięcy amerykańskich żołnierzy, w Iraku 4 614, w Afganistanie 2 300. Gdy zderzyć te bilanse, przedawkowania przestają wyglądać jak „problem społeczny”. Zaczynają przypominać stratę narodową – długą, rozciągniętą w czasie kampanię wyniszczającą, która wycina całe fragmenty tkanki społecznej.
Ta tragedia nie jest już tylko sumą indywidualnych upadków. National Institute on Drug Abuse podkreśla, że skala śmiertelności zaczęła oddziaływać na wskaźniki demograficzne, długość życia i stabilność wspólnot lokalnych – szczególnie tam, gdzie bieda spotkała się z deindustrializacją i erozją instytucji. Innymi słowy: w niektórych regionach USA nie chodzi już wyłącznie o to, kto i dlaczego się uzależnia. Chodzi o to, jak uzależnienie staje się mechanizmem rozpadu – rodziny, pracy, zaufania, a w końcu lokalnego ładu.
Fentanyl zmienił reguły gry
Wszystko to ma jednak swój rdzeń: syntetyczne opioidy. CDC wskazuje, że około 69 procent zgonów było powiązanych właśnie z nimi, głównie z fentanylem. W publicystyce często mówi się o fentanylu jak o „nowej heroinie”. To błąd – fentanyl nie jest „kolejną wersją” dawnego problemu. On jest zmianą paradygmatu. O ile heroinę można było jeszcze traktować jako produkt rolniczo-przetwórczy: wymagała upraw, łańcuchów dostaw, pewnej geograficznej logiki. Fentanyl jest w dużej mierze produktem laboratoriów, logiki chemicznej i ekonomii skali. Jest silny, tani, łatwiejszy do przerzutu w mikroskali, a przez to lepiej dopasowany do świata, w którym rynek chce towaru „małego, mocnego, szybkiego”.
Czytaj też
To właśnie ta cecha – brutalna efektywność – sprawia, że fentanyl w kilka lat przeobraził strukturę rynku narkotykowego w USA. Gdyby kryzys był „tylko” fentanylowy, być może dałoby się go opisać jako epidemię jednego typu. Ale NIDA mówi wprost: to kryzys polinarkotykowy. Użytkownicy coraz częściej nie biorą jednej substancji – biorą zestawy. Stymulanty, opioidy, syntetyki – mieszają się w obiegu, a z nimi mieszają się wzorce uzależnień i ryzyka. Jeśli dawniej można było określać mianem „rynku opioidowego” albo „rynku kokainowego”, to dzisiaj to nie odzwierciedla już otaczającej rzeczywistości.
Polinarkotykowość: rynek, w którym granice się rozmyły
W ciągu ostatniej dekady – jak opisuje NIDA w materiale o używaniu wielu substancji psychoaktywnych – nastąpiła radykalna zmiana: użytkownicy coraz rzadziej pozostają przy jednej substancji. Kokaina, metamfetamina i opioidy funkcjonują dziś w jednym obiegu. Granice między rynkami uległy zatarciu, a konsekwencje tego są podwójnie niebezpieczne.
Wynika to przede wszystkim z nieprzewidywalności. CDC pokazuje, że znaczna część zgonów klasyfikowanych jako „związane z kokainą” obejmuje jednoczesną obecność fentanylu. To oznacza, że ktoś może być przekonany, że bierze stymulant, a w rzeczywistości przyjmuje mieszankę, której dawki nie jest w stanie oszacować. W tym sensie dzisiejszy rynek jest rynkiem „ślepej konsumpcji”: nawet doświadczenie użytkownika nie daje już takiej wiedzy, jak kiedyś.
Jednocześnie rośnie ryzyko systemowe, bo mieszanie substancji zmienia biologię uzależnienia i logikę „przechodzenia” między narkotykami. National Harm Reduction Coalition opisuje zjawisko fentanylu w podaży stymulantów – mieszanie na poziomie hurtu i ulicy, zwiększające uzależniający potencjał produktu. A Journal of Substance Abuse Treatment wskazuje na ścieżki przejścia od stymulantów do opioidów: biologiczne (zjazdy, wyczerpanie), psychologiczne (poszukiwanie ulgi), ekonomiczne (cena).
Jeśli fentanyl – jak zauważa DEA – jest dziś najtańszym opioidem na rynku, to w praktyce może działać jak „substancja końcowa” dla części osób: ostatni etap, do którego popycha nie tylko nałóg, ale i portfel – na początku wystarczy na kokainę, a na końcu zostaje fentanyl. W tym miejscu kryzys przestaje być problemem „złych wyborów”. Staje się problemem architektury rynku.
American Medical Association zwraca uwagę, że to nie kryzys jednej substancji, lecz systemowy kryzys całego rynku narkotykowego: popyt napędza podaż, podaż odpowiada coraz tańszą i silniejszą chemią, a ta chemia podnosi śmiertelność, co z kolei wywołuje presję polityczną i bezpieczeństwa. Powoduje to sprzężenie zwrotne.
Czytaj też
Właśnie dlatego DEA w „2025 National Drug Threat Assessment” stawia tezę mocną: narkotyki – zwłaszcza fentanyl – są jednym z głównych zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego, porównywalnym w skutkach społecznych z terroryzmem czy wrogą działalnością państw obcych. Ta analogia może brzmieć jak retoryka. Ale stoi za nią konkret: destabilizacja społeczna, utrata produktywności, obciążenie systemu ochrony zdrowia, erozja lokalnych wspólnot.
W praktyce to oznacza, że „wojna z narkotykami” w amerykańskim wydaniu zaczyna zmieniać charakter. Nie jest już jedynie sporem o penalizację czy liberalizację. Staje się dyskusją o tym, jak państwo ma przetrwać obciążenie, które w dłuższej perspektywie działa jak demograficzny i ekonomiczny drenaż.
A kiedy państwo myśli w kategoriach bezpieczeństwa narodowego, naturalnie patrzy poza własne granice. Popyt jest w USA, ale podaż i logistyka są w Ameryce Łacińskiej. I tu zaczyna się druga część opowieści – nie tylko o kartelach, ale o tym, jak różnie po obu stronach kontynentu interpretuje się sam sens tej wojny.
Narkotyki jako krzywda i jako broń: dwie narracje jednego konfliktu
W relacjach między Stanami Zjednoczonymi a Ameryką Łacińską narkotyki od dawna funkcjonują nie tylko jako problem kryminalny, lecz także jako kategoria polityczna i symboliczna. Istnieją dwie konkurencyjne narracje, które są wzajemnie przeciwstawne.
Pierwsza to narracja krzywdy – opowieść o kolonialnym dziedzictwie, ekonomicznej marginalizacji i zewnętrznej ingerencji, w której „wojna z narkotykami” jawi się jako kolejne narzędzie kontroli peryferii przez centrum. Druga to narracja broni – znacznie ostrzejsza, obecna w aktach oskarżenia i konfliktach geopolitycznych, gdzie narkotyki przedstawiane są jako świadomie używane narzędzie uderzenia w USA.
W świecie andyjskim, zwłaszcza w Boliwii i Peru, koka nie jest jedynie surowcem narkotykowym, lecz elementem kultury, rytuału i ekonomii przetrwania. Gdy USA zaczęły narzucać intensywną politykę przymusowej likwidacji upraw, wysyłać doradców, finansować operacje antynarkotykowe i warunkować pomoc gospodarczą „wynikami”, wielu lokalnych mieszkańców nie widziało w tym ochrony i pomocy, lecz ingerencję w sposób życia.
Koki używa się tam również w obrządkach religijnych – tak było od stuleci. Dlatego walkę z jej uprawianiem autochtoni odbierają jako jeszcze jedną represję białych najeźdźców i ich potomków. Badania nad relacjami USA–Boliwia pokazują, że „wojna z narkotykami” była doświadczana jako relacja władzy: biedne społeczności ponosiły koszty globalnego popytu, a polityka była narzucana z zewnątrz, często bez realnej alternatywy ekonomicznej.
To właśnie w tym kontekście wyrósł ruch cocaleros i polityczna kariera Evo Moralesa, który uczynił z oporu wobec amerykańskiej polityki antynarkotykowej jeden z filarów swojej narracji. Morales nie bronił kokainy – bronił prawa do koki jako symbolu suwerenności i sprzeciwu wobec „imperialnego dyktatu”.
Czytaj też
Podobny mechanizm widoczny był w Kolumbii. Plan Colombia – gigantyczny program wsparcia militarnego i antynarkotykowego finansowany przez USA – oficjalnie miał ograniczać produkcję kokainy i osłabiać partyzantkę. W krytycznych analizach był jednak przedstawiany jako projekt geopolityczny, który pod hasłem walki z narkotykami militaryzował kraj, wzmacniał wpływy USA i przerzucał koszty na ludność cywilną. Dla wielu Kolumbijczyków narkotyki stały się językiem legitymizacji ingerencji, a nie realnym celem polityki. To jest właśnie narracja krzywdy: nie „zemsta”, lecz doświadczenie bycia wciągniętym w cudzą wojnę.
Zupełnie inną logikę ma narracja o narkotykach jako broni. Handel narkotykami i przestępczość zorganizowana – jak pisze m.in. Zita Ballinger Fletcher – coraz wyraźniej funkcjonują nie jako margines przestępczy, lecz jako forma nieregularnej wojny i alternatywnego rządzenia. To nie są już „gangi” w klasycznym sensie, lecz aktorzy polityczni, którzy przejmują funkcje państwa tam, gdzie ono zawodzi. Zapewniają pracę, ochronę, porządek i dostęp do zasobów, budując lokalną lojalność i własną legitymizację.
Przemoc, korupcja, zastraszanie i selektywne „świadczenie usług” nie są tu chaosem, lecz narzędziami zarządzania. W Ameryce Łacińskiej sieci narkotykowe nie tylko przemycają towar – one organizują całe ekosystemy gospodarcze. Wykorzystują słabe granice, kruche instytucje i brak alternatyw ekonomicznych, tworząc równoległe struktury władzy. Im bardziej państwo się cofa, tym szybciej te sieci wypełniają przestrzeń. Ich globalna infrastruktura – finansowa, logistyczna i technologiczna – dorównuje dziś możliwościom wielu administracji publicznych, a zdolność adaptacji czyni je odpornymi na presję organów ścigania.
W tym sensie narkotyki przestają być tylko towarem. Stają się narzędziem destabilizacji. Zaczynają działać jak broń o masowym zasięgu społecznym: zabijają, dezorganizują wspólnoty i obciążają systemy państwowe. Pranie pieniędzy i przemyt finansują nie tylko kartele, lecz także aktorów politycznych i organizacje zbrojne, w tym ugrupowania terrorystyczne.
Cały ten system coraz częściej przypomina wojnę zastępczą: cele strategiczne realizowane są nie przez wojsko, lecz przez sieci przestępcze, które działają taniej, ciszej i z większą elastycznością. Współczesny narkobiznes to nie „przestępczość”. To infrastruktura wpływu. A tam, gdzie staje się infrastrukturą, zaczyna podważać suwerenność państwa nie frontalnie, lecz od środka.
Ta wizja pojawia się przede wszystkim w aktach oskarżenia Departamentu Sprawiedliwości USA oraz w wypowiedziach politycznych dotyczących wrogich reżimów. W tej narracji narkotyki nie są już produktem ubocznym biedy ani skutkiem kolonialnej historii. Są narzędziem walki.
Najbardziej znanym przykładem są oskarżenia formułowane wobec wenezuelskich elit władzy, w których amerykańscy prokuratorzy używali języka mówiącego o „zalewaniu USA kokainą” jako formie uderzenia w społeczeństwo amerykańskie. Podobny język – choć w innym kontekście – pojawiał się historycznie w odniesieniu do FARC, która łączyła działalność partyzancką z narkobiznesem w celu finansowania wojny z państwem i jego sojusznikami.
Czytaj też
Największy błąd polega na mieszaniu tych dwóch porządków. Narracja krzywdy tłumaczy, dlaczego handel narkotykami mógł zakorzenić się w regionach zmarginalizowanych i dlaczego polityka USA bywa odbierana jako kolonialna. Narracja broni opisuje, jak w konkretnych konfliktach politycznych narkotyki są przedstawiane – lub instrumentalnie używane – jako narzędzie walki. Problem zaczyna się wtedy, gdy z narracji krzywdy wyciąga się wniosek „to zemsta”, a z narracji broni – że „cały region działa przeciw USA”.
Oba skróty nie oddają rzeczywistości, która jest zarazem bardziej banalna i bardziej brutalna: rynek narkotykowy działa przede wszystkim według logiki zysku, a polityka – zarówno w Waszyngtonie, jak i w Caracas, Bogocie czy La Paz – używa go jako instrumentu w swoich sporach. Stąd jedni mówią o imperializmie, drudzy o narkoterrorze. W środku są ludzie, którzy uprawiają kokę, bo nie mają innej pracy, oraz sieci przestępcze, które nie mają ideologii, tylko bilans zysków i strat – a na końcu łańcucha są ludzie umierający z przedawkowania na amerykańskich ulicach.
I właśnie dlatego, gdy władze USA zaczynają postrzegać narkotyki w kategoriach zagrożenia narodowego, naturalnym odruchem staje się presja na źródła podaży i dążenie do interwencji. Stąd też pojawiają się pojęcia „interwencji”, „destabilizacji”, „korytarzy” i naturalny odruch, aby „rozwiązywać problem u źródła”. I tu zaczyna się kolejna część opowieści: struktura przestępczości w Ameryce Łacińskiej, która zmieniła się równie mocno, jak sam rynek narkotyków.
Ameryka Łacińska: koniec ery „kartelu" jako piramidy
Raporty UNODC pokazują, że przestępczość narkotykowa w Ameryce Łacińskiej coraz rzadziej działa jak klasyczny, scentralizowany kartel z jednym „capo” i piramidą dowodzenia. W to miejsce weszła architektura sieciowa: wielowarstwowa, zdecentralizowana, odporna na uderzenia punktowe.
To nie jest już jedna organizacja – to ekosystem. Funkcjonują w nim producenci, laboratoria, pośrednicy, grupy transportowe, brokerzy finansowi, zbrojne struktury ochronne, wyspecjalizowane komórki od prania pieniędzy. UNODC opisuje, że taki model jest odporny, bo nie ma jednego centrum, którego eliminacja zatrzyma całość. Jeśli wypadnie jedno ogniwo – znajdzie się inne. Jeśli zamknie się jeden korytarz – otworzy się następny.
Współczesny łańcuch dostaw kokainy, jak podaje UNODC, przypomina logistykę korporacji transnarodowej: formalnie niezależne ogniwa, funkcjonalnie powiązane. Produkcja liści koki w Kolumbii, Peru i Boliwii, przetwarzanie w laboratoriach, transport lądem i morzem, magazynowanie w portach, dystrybucja w Ameryce Północnej i Europie – to często praca różnych grup, które łączą się „kontraktowo” pod konkretną operację.
Global Initiative Against Transnational Organized Crime opisuje, że kartele działają bardziej jako biznesowe platformy koordynujące niż jak tradycyjne mafie. Sinaloa, CJNG, PCC czy Clan del Golfo pełnią rolę integratorów. Nie muszą robić wszystkiego sami. Wystarczy, że potrafią spiąć ekosystem: producentów, przewoźników, przemoc, korupcję i finanse.
Czytaj też
Jednym z kluczowych elementów tej transformacji jest outsourcing przemocy. International Crisis Group opisuje zjawisko, w którym kartele coraz rzadziej utrzymują własne, scentralizowane struktury zbrojne, a coraz częściej wynajmują lokalne gangi, bojówki i grupy paramilitarne. To praktyczne: po co utrzymywać ciężki aparat, skoro można kupić usługę? A kiedy państwo uderza w duże struktury kartelowe, często uruchamia proces fragmentacji – „efekt hydry”.
Global Initiative opisuje dynamikę pękania: rozbicie jednego układu może tworzyć kilka mniejszych, bardziej brutalnych grup. International Crisis Group wskazuje, że doświadczenie Meksyku pokazało to boleśnie: rozbijanie karteli w latach 2006–2012 nie zmniejszyło przemocy, a mogło ją rozsiać. Gdy rośnie liczba aktorów, rośnie też liczba konfliktów o terytorium, wymuszenia, porwania i mikrohandel.
Do tego dochodzi tzw. efekt balonu: presja w jednym kraju wypycha działalność do sąsiednich regionów. Gdy rośnie kontrola w jednym korytarzu, wzmacnia się inny. UNODC wskazuje, że w ostatnich latach nastąpiły przesunięcia szlaków przez Ekwador, Peru i regiony Amazonii – jako reakcja systemu na presję w innych miejscach. Przestępczość działa jak płyn: wypełnia każdą próżnię.
Wenezuela: państwo przeniknięte przestępczością
W tym kontekście Wenezuela jest szczególnym przypadkiem, bo nie chodzi tylko o jej geografię. Global Initiative Against Transnational Organized Crime opisuje ją jako państwo „skryminalizowane”, w którym aparat bezpieczeństwa, polityka i nielegalna gospodarka są splecione w sieć wzajemnych zależności. Mechanizmy ochrony, koncesji, eskorty transportów i prania pieniędzy nie są czymś „obok” państwa – są wbudowane w instytucje władzy.
Czytaj też
Transparencia Venezuela en el Exilio wskazuje na zjawisko nazywane Cartel de los Soles: powiązania wysokich oficerów i urzędników, którzy nie tylko „przymykają oko”, ale według raportów aktywnie uczestniczą w zarządzaniu trasami i dystrybucji zysków. Jednocześnie nowsze oceny podkreślają, że to niekoniecznie jeden zhierarchizowany kartel, lecz raczej luźna sieć komórek korupcyjnych wewnątrz państwa. To ważne rozróżnienie, bo sieć jest trudniejsza do „odcięcia” niż organizacja o strukturze hierarchicznej.
UNODC zwraca też uwagę na rzecz kluczową: Wenezuela nie jest głównym producentem kokainy (ta pochodzi przede wszystkim z Kolumbii, Peru i Boliwii). Jej rola jest inna: geografia, długość wybrzeża, porowate granice i słaba kontrola czynią ją atrakcyjnym korytarzem tranzytowym – zwłaszcza w kierunku Karaibów i Europy. Innymi słowy: Wenezuela jest logistycznie cenna nawet wtedy, gdy nie jest produkcyjnie kluczowa.
W tym miejscu do gry wchodzi jeszcze jeden wymiar: rywalizacja mocarstw i „usługi infrastrukturalne”, które mogą splatać się z rynkami nielegalnymi. Bo jeśli państwo staje się węzłem tranzytowym i korupcyjnym, to jednocześnie staje się przyczółkiem dla aktorów zewnętrznych, którzy lubią działać przez pośredników, kontakty i sieci.
Rosja, Wenezuela i logika dźwigni
Rosyjska projekcja siły ma charakter sieciowy i transakcyjny, a nie instytucjonalny: opiera się na przyczółkach, pośrednikach i układach z izolowanymi reżimami, a nie na trwałej obecności państwowej. W tym układzie – jak pisze m.in. Wes O’Donnell – Wenezuela była dla Moskwy partnerem niemal idealnym. Państwem objętym sankcjami, odizolowanym dyplomatycznie, zależnym od zewnętrznego wsparcia i gotowym płacić za polityczne parasole. Za rządów Hugo Chaveza, a następnie Nicolasa Maduro, Caracas zaoferowało Kremlowi trzy zasoby, których Rosja nie była w stanie zbudować samodzielnie na półkuli zachodniej: bliskość operacyjną, legitymizację symboliczną i dźwignię strategiczną.
Po pierwsze – bliskość.
Obecność rosyjskich służb i doradców wojskowych w Wenezueli oznaczała dostęp do infrastruktury, terytorium i przestrzeni operacyjnej w bezpośredniej strefie oddziaływania Stanów Zjednoczonych. Nie chodziło wyłącznie o klasyczne działania wywiadowcze, lecz o możliwość osadzenia się w regionie: monitorowania ruchów morskich na Karaibach, zbierania informacji o aktywności wojskowej, dyplomatycznej i gospodarczej w Ameryce Środkowej i Południowej, budowania lokalnych sieci kontaktów.
W pewnym momencie Moskwa zapewniła sobie także dostęp do lotnisk zdolnych przyjmować strategiczne bombowce dalekiego zasięgu. Nie jako stałe bazy, lecz jako opcję. W logice projekcji siły to wystarcza. Bliskość nie musi być trwała, by była użyteczna. Wystarczy, że jest możliwa.
Po drugie – optyka i legitymizacja.
Kreml od lat operuje nie tylko realną siłą, lecz również jej inscenizacją. Obecność rosyjskich okrętów, wspólne ćwiczenia, wizyty generałów, szkolenia przy systemach obrony powietrznej – to nie były tylko gesty wojskowe. To były komunikaty. Wysyłane do własnego społeczeństwa, do sojuszników i do przeciwników: „nie jesteśmy izolowani”, „mamy partnerów”, „jesteśmy obecni na waszym zapleczu”.
W tym sensie Wenezuela pełniła funkcję sceny. Nawet jeśli realna wartość bojowa tych relacji była ograniczona, ich wartość propagandowa i psychologiczna była znacząca. W świecie geopolityki obrazy często znaczą więcej niż liczby.
Czytaj też
Po trzecie – dźwignia.
To element kluczowy. Wenezuela dawała Rosji możliwość sygnalizowania obecności w bezpośredniej strefie wpływów USA w momentach eskalacji napięć: po Krymie, po MH17, po kolejnych pakietach sankcji, po inwazji na Ukrainę. Nie po to, by wywoływać konflikt zbrojny, lecz by wprowadzać niepokój, rozpraszać uwagę, zmuszać USA do myślenia wielokierunkowego.
To klasyczna logika dźwigni: nie uderzasz, pokazujesz, że możesz. W świecie rywalizacji systemowej to często wystarcza. Relacja Moskwy z Caracas nigdy nie była oparta na ideologii ani sympatii, lecz na czystej kalkulacji. Chavez dawał Rosji kapitał polityczny i symboliczny, Maduro – coraz mniej, stając się obciążeniem zamiast atutem.
Mimo to Kreml przez dwie dekady konsekwentnie wiązał Wenezuelę militarnie i technologicznie: sprzedażą uzbrojenia, szkoleniami, obecnością techników i budową zależności logistycznej. To nie był epizod, lecz inwestycja w długofalowy wpływ. Dziś ta infrastruktura jest odsłonięta, a jej erozja oznacza dla Rosji ryzyko systemowe – utratę wiarygodności, dostępu i operacyjnego zaplecza.
Wenezuela nie była bowiem tylko sojusznikiem, lecz węzłem: miejscem przecięcia interesów państwowych, wojskowych, energetycznych i przestępczych. W logice sieciowej utrata takiego punktu nie oznacza klęski, lecz zmianę geometrii wpływu – konieczność szukania nowych tras, pośredników i reżimów gotowych do transakcji.
I właśnie tutaj rosyjska obecność styka się z logiką globalnej przestępczości. Gdy państwo słabnie, wchodzą sieci. Gdy pojawia się przestrzeń, pojawiają się aktorzy gotowi ją obsłużyć – finansowo, logistycznie, technologicznie. Rosyjskojęzyczne struktury przestępcze nie są więc anomalią, lecz naturalnym przedłużeniem tej samej strategii: budowania wpływu nie przez flagę, lecz przez infrastrukturę.
Globalne zaplecze finansowe: rosyjskojęzyczne sieci jako infrastruktura
Najbardziej „globalnym” elementem tej układanki jest jednak pieniądz – i infrastruktura, która go przepuszcza. Brytyjska National Crime Agency opisuje rosyjskojęzyczne sieci jako globalne systemy prania pieniędzy, powiązane z narkotykami, ransomware i nawet wątkami szpiegowskimi. Associated Press relacjonował rozbijanie dużych operacji prania pieniędzy, które obsługiwały środki m.in. z Ameryki Łacińskiej i reinwestowały je w Europie.
Czytaj też
Chainalysis wskazuje na rolę krypto-infrastruktury, a Europol podkreśla obecność takich sieci w europejskich węzłach logistycznych. Z tej racji wysuwa się jednoznaczny wniosek: rosyjskojęzyczne sieci nie są peryferyjnym aktorem, lecz elementem systemowym związanym z rynkiem narkobiznesu w Ameryce Łacińskiej. Są „kręgosłupem usługowym” – finansowym, logistycznym, technologicznym – bez którego międzynarodowe przepływy narkopieniędzy byłyby trudniejsze. A jeśli destabilizacja w Wenezueli zwiększy fragmentację i przepływy, to automatycznie zwiększy popyt na usługi prania, maskowania i transferu. W takim świecie chaos w jednym kraju może oznaczać wzrost „profesjonalizacji” przestępczości w skali globalnej.
Interwencja: to nie „rozwiązanie", lecz katalizator rekonfiguracji
I tu dochodzimy do najbardziej politycznego wniosku: w państwie przenikniętym przestępczością interwencja – militarna czy polityczna – może nie rozwiązać problemu, lecz go przestawić. Global Initiative ostrzega, że obalenie przywództwa lub rozpad centralnej władzy w kraju, który już jest głęboko zinfiltrowany przez przestępczość, uruchamia mechanizmy brutalnej rywalizacji o kontrolę nad rynkami, szlakami i zasobami. Jeśli wcześniej układ był „trzymany” przez centralne autorytety lub korupcyjne porozumienia, to ich rozpad otwiera pole dla wojny wszystkich ze wszystkimi.
International Crisis Group podkreśla, że próżnia władzy może być natychmiast wypełniana przez uzbrojone grupy niepaństwowe: gangi miejskie, gangi więzienne, paramilitarne bojówki, a także aktorów transgranicznych – partyzantów i dysydentów z Kolumbii. Każdy chce przejąć fragment rynku: trasę, port, magazyn, lotnisko, kawałek granicy. A ponieważ system jest sieciowy, te fragmenty mogą potem łączyć się w nowe sojusze.
Zmienność ról – dziś pośrednik, jutro ochroniarz, pojutrze „administrator” – utrudnia klasyczne strategie oparte na eliminowaniu liderów. To dlatego UNODC pisze, że takie momenty przełomowe w historii regionu niemal zawsze prowadzą do eskalacji przemocy: brakuje arbitra stabilizującego układ. Gdy państwo traci kontrolę, przemoc staje się narzędziem ustanawiania porządku. Z tym że niestety są sytuacje, kiedy tego typu interwencje z użyciem siły są jedynym wyjściem.
Broń: ryzyko „dyfuzji" z magazynów państwowych
Wenezuela ma w tym wszystkim jeszcze jeden, groźny czynnik: nasycenie bronią. Small Arms Survey szacuje, że w kraju jest około 5,9 miliona sztuk broni palnej w rękach cywilnych. W warunkach destabilizacji to nie jest tło – to paliwo. Global Initiative zauważa też problem zapasów wojskowych i policyjnych – często znaczących i słabo zabezpieczonych. W kryzysie magazyny potrafią zostać splądrowane, przejęte lub „rozpłynąć się” w obiegu przez korupcję i defraudację.
Czytaj też
UNODC podkreśla, że w warunkach destabilizacji politycznej broń wypływa z legalnych zapasów do świata przestępczego szybciej niż w stabilnych państwach. A kiedy broń krąży łatwo, rosną trzy rzeczy naraz: brutalność rywalizacji, skala wymuszeń i porwań oraz zdolność grup do ochrony szlaków. Innymi słowy: broń nie jest dodatkiem do przestępczości narkotykowej – jest jej wzmacniaczem, który pozwala przejść z modelu „przemytu” do modelu „kontroli terytorium”.
Złoto: równoległa gospodarka przemocy
Drugi wzmacniacz to złoto. Global Initiative wskazuje, że nielegalne wydobycie w regionie Orinoko stało się drugim filarem finansowym przestępczości zorganizowanej w Wenezueli. International Crisis Group opisuje układ, w którym gangi, grupy zbrojne i skorumpowani funkcjonariusze współdzielą kontrolę nad kopalniami. Złoto ma przewagę nad narkotykami: jest „legalizowalne” i trudniejsze do śledzenia. UNEP i UNODC zwracają z kolei uwagę, że surowce takie jak złoto mogą być idealnym narzędziem prania pieniędzy.
To tworzy równoległą gospodarkę przemocy: gdy presja rośnie na narkotyki, dochody można stabilizować złotem; gdy państwo się cofa, kopalnie stają się quasi-terytoriami rządzonymi przez uzbrojonych aktorów. Do tego dochodzą koszty środowiskowe i społeczne: degradacja, toksyczne zanieczyszczenia, przemoc wobec społeczności lokalnych i rdzennych, przymusowa praca, migracje.
W praktyce przestępczość zyskuje dywersyfikację: nie jest już uzależniona od jednego strumienia dochodu. A im bardziej jest dywersyfikowana, tym trudniej ją „zagłodzić” działaniami policyjnymi.
Filary systemu: Meksyk, Kolumbia, Brazylia – stabilny trójkąt
Nawet gdyby Wenezuela stała się polem gwałtownej rekonfiguracji, cały system nie zawali się, bo – jak pokazują raporty – jego filary są gdzie indziej. DEA wskazuje Meksyk jako centrum dystrybucji i zarządzania hurtowym handlem do USA: Sinaloa i CJNG, zintegrowane struktury logistyczne i finansowe. UNODC i Global Initiative opisują Kolumbię jako rdzeń produkcji – z grupami kontrolującymi plantacje, laboratoria i szlaki. Europol pokazuje Brazylię jako kluczowy korytarz logistyczny do Europy, oparty o potężne organizacje jak PCC czy Comando Vermelho.
To trójkąt funkcjonalny: Kolumbia dostarcza produkcję, Brazylia dostarcza logistykę transkontynentalną, a Meksyk dostarcza dystrybucję na największy rynek świata: USA. Ten podział ról jest stabilny, bo wynika z geografii, infrastruktury, historii konfliktów i układu rynków. Uderzenie w jeden element nie niszczy całości – raczej wzmacnia inne, bo system się przelewa. Interwencje, pomimo że są konieczne, nie niszczą systemu, tylko zmieniają jego geometrię.
Jeśli połączyć wszystkie wątki, rysuje się obraz, na którym widać, że współczesny narkobiznes nie przypomina już piramidy, którą można przewrócić przez „odcięcie głowy”. Przypomina sieć, która umie przeżyć utratę węzłów. W tej logice interwencja w Wenezueli – zamiast „zlikwidować problem” – może uruchomić mechanizm rekonfiguracji. Popyt w USA pozostaje stałą siłą napędową. Rynek w USA stał się polinarkotykowy i bardziej zabójczy, bo fentanyl wsiąkł w różne segmenty podaży.
Czytaj też
Przestępczość w Ameryce Łacińskiej jest modularna i adaptacyjna. Wenezuela – jako państwo przeniknięte przestępczością – jest szczególnie podatna na fragmentację po wstrząsie. Broń i złoto działają jak wzmacniacze przemocy i stabilizatory dochodu. Globalne zaplecze finansowe – w tym rosyjskojęzyczne sieci – zapewnia, że pieniądz nadal popłynie.
W konsekwencji najbardziej prawdopodobny efekt nie brzmi: „system zostanie rozbity”, a jedynie zmieni kształt. Pojawi się więcej aktorów, więcej brutalności, więcej improwizowanych sojuszy, więcej „lokalnych wojen” o porty, granice, kopalnie i szlaki. A im bardziej ten świat będzie rozproszony i wieloźródłowy, tym trudniej będzie go kontrolować – zarówno przez państwa regionu, jak i przez zewnętrzne interwencje, które potrafią niszczyć, ale rzadziej potrafią budować trwałe instytucje w miejsce tego, co rozpadło się pod naciskiem.
Z tej racji, jeśli ktoś szuka prostego hasła na podsumowanie, to: interwencja nie zniszczy systemu – zmieni jego geometrię. A geometria rozproszonej, modularnej przestępczości jest dla państwa zawsze gorsza niż geometria jednego przeciwnika. Bo z jednym przeciwnikiem można negocjować, walczyć, zawierać rozejmy. Z siecią – walczy się bez końca, uderzając w węzły, które odrastają gdzie indziej. I z tej racji każda interwencja powoduje, że po niej musi nastąpić kolejna.








