- WIADOMOŚCI
Gdy ideologia zastępuje policyjny instynkt. Sprawa zabójstwa Henry’ego Nowaka
Śmierć Henry’ego Nowaka nie jest tylko historią brutalnego zabójstwa. Jest także przykładem państwa, które tak długo uczyło własną policję, że najważniejszą kategorią oceny interwencji jest rasa, trauma grupowa, przeżyte doświadczenie i ryzyko oskarżenia o dyskryminację, że w krytycznym momencie funkcjonariusze przestali widzieć to, co mieli przed oczami: ciężko rannego, samotnego, nieuzbrojonego osiemnastolatka, który mówił, że został pchnięty nożem i nie może oddychać.
Autor. Krzysztof Hepner/unsplash.com
Bezpośrednim sprawcą śmierci Henry’ego Nowaka był Vickrum Singh Digwa. To on nosił przy sobie duży sztylet, to on zaatakował, to on kłamał, to on próbował przerzucić winę na ofiarę. Sąd w sprawie R -v- Vickrum Singh Digwa (Korona przeciwko Vickrumowi Singhowi Digwie) nie zostawił tu miejsca na wygodne półcienie. Henry był nieuzbrojony, sam wracał do akademika, a Digwa po zadaniu ciosów przedstawił policji fałszywą narrację o rzekomym rasistowskim ataku. Sąd uznał, że Henry nie powiedział nic rasistowskiego, a oskarżenie o rasizm było jednym z kłamstw sprawcy.
Ale właśnie dlatego ta sprawa jest tak porażająca. Kłamstwo działa tylko wtedy, gdy trafia na przygotowany grunt. W tym przypadku tym gruntem była cała instytucjonalna kultura brytyjskiej policji, którą przez ostatnie lata przebudowywano pod hasłami antyrasizmu, równości rezultatów i walki z „nadmiernym policyjnym traktowaniem” wszelkich mniejszości. W teorii miało to naprawiać zaufanie społeczne. W praktyce mogło wytworzyć u funkcjonariuszy paraliż decyzyjny: strach przed tym, że zakwestionowanie opowieści przedstawiciela mniejszości zostanie uznane za przejaw uprzedzeń.
W dokumentach National Police Chiefs« Council (NPCC) i College of Policing widać tę zmianę bardzo wyraźnie. Police Race Action Plan: Improving Policing for Black People przedstawia się jako największy skoordynowany wysiłek policji Anglii i Walii na rzecz odbudowy zaufania wśród społeczności czarnoskórych. Każdy szef policji miał poprzeć ten plan, a policja miała stać się organizacją „aktywnie antyrasistowską”. Już sam język dokumentu pokazuje, że nie chodzi wyłącznie o zakaz dyskryminacji. Chodzi o głębszą przebudowę sposobu myślenia policji.
Kluczowy jest tu dokument Police Anti-Racism Commitment. Zawarta w nim definicja równości rasowej rozumianej jako równość rezultatów mówi, że policja ma osiągać równość rezultatów wobec różnych grup etnicznych poprzez reagowanie na osoby i społeczności zgodnie z ich szczególnymi potrzebami, okolicznościami i doświadczeniami, przy założeniu, że te doświadczenia są „urasowione”. Jednocześnie dokument stwierdza, że nie oznacza to traktowania wszystkich „tak samo” ani bycia „ślepym na kolor skóry”.
To jest moment, w którym klasyczna zasada państwa prawa zaczyna się chwiać. Policjant nie otrzymuje prostego komunikatu: patrz na fakty, oceniaj ryzyko, ratuj życie, zabezpiecz broń, sprawdź obrażenia, nie wierz automatycznie żadnej stronie. Zamiast tego obowiązujące wytyczne brzmią: nie traktuj wszystkich tak samo, uwzględniaj doświadczenia grupowe, pamiętaj o traumie, miej świadomość dysproporcji, nie bądź „ślepy” na rasę. Taki język może dobrze wyglądać w sali konferencyjnej, w raporcie i na szkoleniu. Na ulicy, nocą, przy krwawiącym człowieku, staje się niebezpieczny.
Obowiązujące wytyczne mogły sugerować odmienne traktowanie Henry’ego Nowaka ze względu na pochodzenie.
Sprawa Henry’ego Nowaka bardzo szybko przestała być wyłącznie debatą o błędzie konkretnych funkcjonariuszy. Stała się również testem dla całej ideologicznej architektury, którą w ostatnich latach obudowano brytyjską policję. Najbardziej znamienne jest to, że krytyka nie przyszła wyłącznie z mediów prawicowych czy od komentatorów od dawna ostrzegających przed dwupoziomowym traktowaniem obywateli przez policję. Wątpliwości zaczęły pojawiać się także po stronie rządowej i eksperckiej.
Zobacz też

Jak pisał The Independent, minister ds. policji Sarah Jones przyznała, że język policyjnego zobowiązania antyrasistowskiego jest niewłaściwy, ponieważ sugeruje, iż funkcjonariusze mają traktować ludzi inaczej w zależności od pochodzenia etnicznego. Również rzecznik premiera stwierdził, że rząd nie uważa tego języka za właściwy. To ważny moment, bo oznacza, że nawet władza, która nie chce być oskarżona o cofanie polityki antyrasistowskiej, musiała przyznać, iż dokument napisano w sposób mogący prowadzić do niebezpiecznego nieporozumienia.
Sedno problemu tkwiło w sformułowaniu, że dążenie do równości rasowej rozumianej jako równość rezultatów nie oznacza traktowania wszystkich tak samo ani bycia ślepym na kolor skóry. W języku akademickim lub aktywistycznym można takie formuły obudowywać kolejnymi wyjaśnieniami. W pracy policjanta na ulicy brzmią one jednak jak instrukcja odejścia od elementarnej zasady równego traktowania. Funkcjonariusz nie powinien w chwili interwencji zastanawiać się, czy działa zgodnie z teorią „urasowionych doświadczeń”, lecz kto jest ranny, kto ma broń, kto kłamie i komu trzeba natychmiast udzielić pomocy.
Właśnie na ten absurd zwrócił uwagę Danny Shaw z Institute for Government. Shaw nazwał Police Anti-Racism Commitment najbardziej jaskrawym przykładem zamętu w polityce antyrasistowskiej policji. Jego pytanie było proste i niszczące dla autorów dokumentu: jak początkujący policjant ma rozumieć takie zasady, a tym bardziej stosować je w realnej interwencji? To nie jest drobna uwaga redakcyjna. To oskarżenie pod adresem systemu, który produkuje instrukcje bardziej przydatne na seminarium ideologicznym niż podczas nocnej interwencji przy zakrwawionym człowieku leżącym na ulicy.
Jeszcze ostrzej ujął to The Spectator w tekście Gusa Cartera. Autor pisał, że policjanci zostali wyszkoleni do działania w sposób „absurdalny” i „nieludzki”, ponieważ nowy język policyjny zastąpił klasyczne pojęcia obiektywizmu, uzasadnionego podejrzenia i bezstronnej oceny faktów kategoriami sojusznictwa, aktywnego antyrasizmu i obowiązku wiary w narrację o rasowej krzywdzie. Nawet jeśli ten ton jest publicystycznie ostry, trafia w istotę problemu: funkcjonariusze nie mogą być szkoleni tak, aby w sytuacji sprzecznych relacji odruchowo bali się zakwestionować wersję osoby należącej do mniejszości.
Z kolei The Times opisywał rosnącą presję na wydatki policji związane z DEI — diversity, equity and inclusion. Ten wątek jest szczególnie ważny, ponieważ pokazuje, że problem nie ogranicza się do jednego nieszczęśliwie napisanego dokumentu. Chodzi o całą kulturę instytucjonalną, w której policja coraz więcej energii poświęca na symboliczną poprawność, szkolenia tożsamościowe i zarządzanie wrażeniem, a coraz mniej na prostą, brutalnie konkretną skuteczność: rozpoznanie sprawcy, ochronę ofiary i natychmiastową reakcję na zagrożenie życia.
Oczywiście pojawił się również kontratak ze strony mediów liberalno-lewicowych. The Guardian przestrzegał przed prostym przypisywaniem tragedii wyłącznie polityce antyrasistowskiej. Jednak nawet tam pojawia się ważna obserwacja: jeden z doświadczonych funkcjonariuszy wskazywał, że nastawienie policjanta po przyjeździe na miejsce może zostać ukształtowane przez informację przekazaną przez dyżurnego, a wtedy funkcjonariusz zaczyna rozwiązywać nie realny problem, lecz ten, który wcześniej włożono mu do głowy. W sprawie Nowaka tym problemem miała być rzekoma napaść rasistowska. Umierający chłopak nie pasował do tej ramy, więc został potraktowany jak podejrzany.
Zobacz też

Zasadniczą kwestią nie jest to, czy konkretny policjant popełnił błąd, lecz pytanie, czy cały system szkoleniowy doprowadził do tego, że funkcjonariusze w trakcie interwencji bardziej boją się zarzutu o rasizm niż tego, że przez błędną ocenę sytuacji mogą nie rozpoznać ofiary, sprawcy i rzeczywistego zagrożenia. Jeśli tak, to mamy do czynienia nie z tragicznym incydentem, lecz z katastrofą instytucjonalną. Policja, która ma ratować życie i egzekwować prawo, nie może działać jak wydział do spraw wrażliwości społecznej. Na ulicy nie liczy się język ideologicznej poprawności, lecz fakty, krew, broń, zagrożenie i ofiara.
Fałszywa narracja sprawcy i odwrócenie ról
W sprawie Henry’ego Nowaka abstrakcja zderzyła się z realnością. Digwa podał policji narrację idealnie pasującą do instytucjonalnych lęków współczesnej brytyjskiej policji: przedstawiciel mniejszości religijnej i etnicznej twierdził, że został zaatakowany rasistowsko przez białego młodego mężczyznę. Henry, który faktycznie był ofiarą, znalazł się nagle w roli podejrzanego. Nie dlatego, że fakty jednoznacznie na to wskazywały, lecz dlatego, że fałszywa opowieść sprawcy trafiła na schemat walki z rasizmem.
Reuters opisał, że Henry leżał na ulicy, mówił, że został pchnięty nożem i że nie może oddychać, a mimo to został zakuty w kajdanki. To jest obraz policyjnej klęski – nie tyle samej interwencji, ile moralnej. Człowiek mówiący „zostałem pchnięty nożem” nie może być traktowany jak kłopotliwy element politycznej poprawności.
Dokument Independent Office for Police Conduct (IOPC) „National stop and search learning report” pokazuje, w jakim kierunku przesuwano akcenty w brytyjskiej debacie policyjnej. Raport koncentruje rekomendacje na ryzyku stereotypów, uprzedzeń rasowych, nadmiernego używania kajdanek oraz siły wobec osób z grup Black, Asian and minority ethnic. To są problemy realne. Ale jeśli taka perspektywa zaczyna wyznaczać sposób szkolenia funkcjonariuszy, policjant ocenia sytuację nie tylko na podstawie faktów widocznych na miejscu zdarzenia, lecz także przez pryzmat przypisanych danej grupie realnych lub wyimaginowanych doświadczeń i krzywd historyczno-społecznych. Na tym polega niebezpieczeństwo.
W świecie zdrowego rozsądku funkcjonariusz pyta: kto jest ranny, kto ma broń, kto kłamie, kto wymaga natychmiastowej pomocy, czyja wersja zgadza się z widocznymi śladami? W świecie ideologicznej poprawności pojawia się dodatkowe pytanie: czy moja decyzja zostanie później uznana za rasistowską? I jeśli ono staje się dominantą w trakcie zdarzenia, w którym trzeba działać natychmiast, to system nie ogranicza ryzyka pomyłki, lecz je instytucjonalnie wzmacnia.
Najbardziej uderzające jest to, że Code of Practice for Ethical Policing formalnie zawiera zasady, które powinny były chronić Henry’ego: bezstronność, decyzje oparte na faktach, rozpoznawanie podatności na skrzywdzenie, troskę o ofiary i reagowanie na zagrożenie. Problem nie polega więc na tym, że brytyjska policja formalnie nie dysponuje standardami bezstronności, oceny ryzyka i ochrony osób, lecz na tym, że zostały one obudowane językiem ideologicznym, który w praktyce może przesłaniać oczywistość. A oczywistość w przypadku zdarzenia dotyczącego Henry’ego Nowaka była taka, że to on był rannym i bezbronnym człowiekiem.
Zobacz też

I właśnie w tym miejscu znajduje się sedno problemu. Policjant na ulicy nie powinien być wykonawcą seminariów z teorii rasy. Nie powinien rozważać, czy jego decyzja będzie zgodna z aktualną doktryną równości rasowej rozumianej jako równość rezultatów ani zastanawiać się, czy oskarżenie o rasizm brzmi wiarygodnie z punktu widzenia przeżytych doświadczeń danej grupy. Ma zabezpieczyć miejsce zdarzenia, sprawdzić obrażenia, oddzielić uczestników, odnaleźć broń, wezwać pomoc i nie pozwolić, aby sprawca pisał scenariusz interwencji.
Nóż, religijna narracja i granice tolerancji
Osobnym, równie niewygodnym elementem tej sprawy jest nóż. Sąd wprost wskazał, że Digwa nosił przy sobie duży sztylet, powołując się na religijno-kulturowy kontekst kirpanu. Nie chodzi o zbiorowe oskarżanie Sikhów. Sąd sam podkreślił, że działania Digwy przyniosły wstyd jego rodzinie, społeczności i religii oraz naraziły niewinnych Sikhów na reakcje społeczne. Ale właśnie dlatego państwo musi mówić jasno: żadna religijna, kulturowa ani tożsamościowa narracja nie może osłabiać elementarnego obowiązku ochrony życia. Jeżeli ktoś nosi w przestrzeni publicznej sztylet, to ryzyko nie znika dlatego, że opisano je językiem tradycji.
W sprawie Henry’ego Nowaka zbiegły się więc dwa wymiary. Pierwszy to fizyczny wymiar przemocy: człowiek nożem zabił nieuzbrojonego osiemnastolatka. Drugi to wymiar instytucjonalny: policja, wychowywana w kulturze panicznego lęku przed zarzutem rasizmu, dała się wciągnąć w fałszywą opowieść sprawcy. To nie oznacza, że każdy program antydyskryminacyjny jest zły, ale staje się on skrajnie niebezpieczny, gdy zaczyna wypierać zasadę równości wobec prawa i prostą ocenę faktów.
W efekcie Henry Nowak nie pasował do instytucjonalnej wyobraźni ofiary. Był białym mężczyzną, więc w starciu z narracją o rzekomym rasistowskim ataku został przez system od razu przesunięty do roli podejrzanego. To jest właśnie cena polityki, która zamiast uczyć policjantów bezstronności, uczy ich patrzeć na ludzi przez kategorie grupowe. A gdy ofiara nie mieści się w uprzywilejowanym schemacie wrażliwości, może zostać potraktowana jak problem.
Szkoleniowy język antyrasizmu, równości rezultatów, traumy grupowej i niebycia ślepym na kolor skóry generuje sytuacje, w których zwykła interwencja może zostać przedstawiona jako przejaw rasizmu i nietolerancji wobec każdej mniejszości, a sam funkcjonariusz może zostać napiętnowany. Gdy funkcjonariusz bardziej boi się etykiety „rasisty” niż pomyłki w trakcie oceny zdarzenia, przestaje być policjantem.
Pomimo że brytyjski sąd oficjalnie wskazał, iż rana Henry’ego była tak poważna, że nawet szybka pomoc mogła nie uratować mu życia, to nie zamyka sprawy. Bo w tym przypadku nie chodzi wyłącznie o to, że zakucie w kajdanki nie uratowało Henry’ego Nowaka, lecz o to, że umierający człowiek został potraktowany jak podejrzany, a jego słowa zlekceważono – ponieważ fałszywa narracja sprawcy okazała się skuteczna, a system policyjny okazał się na nią podatny.
Z tej racji nasuwa się wniosek, że policja musi wrócić do zasady równości wobec prawa, a nie równości rezultatów według kategorii rasowych. Funkcjonariusz ma oceniać zagrożenie, a nie tożsamość, ratować rannych, a nie rozgrywać w głowie szkoleniowe scenariusze o traumie społeczności, sprawdzać fakty, a nie postępować według politycznej poprawności. Oskarżenie o rasizm może być prawdziwe, ale może też stać się cyniczną obroną sprawcy.
Henry Nowak został zabity nożem, ale równocześnie jest ofiarą systemu, który myli ofiarę ze sprawcą. I właśnie to czyni tę sprawę czymś więcej niż zdarzeniem kryminalnym – staje się ona ostrzeżeniem przed państwem, które w imię ideologii zatraca zdolność widzenia rzeczywistości.



