Reklama
  • WIADOMOŚCI

Wydostał Polaka z więzienia w Kongu. „Nie chcieliśmy pokazać, że zależy nam na jego uwolnieniu”

W 2024 roku Mariusz Majewski trafił do jednego z najniebezpieczniejszych więzień na świecie. Podróżnika oskarżono o szpiegostwo i próbę zorganizowania zamachu stanu, a następnie skazano w Demokratycznej Republice Konga. O kulisach działań zmierzających do jego wydostania z kongijskiego więzienia InfoSecurity24.pl rozmawiało z Jakubem Głowaczewskim, negocjatorem, który doprowadził do uwolnienia Polaka.

Kongijscy żołnierze w pobliżu miasta Goma w czasie walk z rebeliantami grupy M23 w 2013 roku
Autor. MONUSCO Photos, CC BY-SA 2.0

Dwa lata temu o tej porze Mariusz Majewski przebywał w więzieniu centralnym Makala w Demokratycznej Republice Konga (DRK). To jeden z najbardziej przepełnionych zakładów karnych na świecie. Więzienie zaprojektowane dla półtora tysiąca osadzonych mieściło wtedy nawet 15 tysięcy więźniów

O staraniach polskiej strony w wydostaniu Majewskiego z kongijskiego więzienia redakcja rozmawiała z Jakubem Głowaczewskim, negocjatorem międzynarodowym. Gdy dotychczasowe kanały komunikacji z drugą stroną zawodzą, a sytuacja jest naprawdę beznadziejna, państwo kieruje go do takich miejsc jak Kongo, by nieformalnymi kanałami doprowadził do przełomu.

„Część DRK od lat jest pogrążona w konflikcie. W momencie przyjazdu Mariusza do Konga toczyły się między innymi walki kongijskiej armii z rebeliantami z M23” – wskazuje Jakub Głowaczewski. DRK i ONZ oskarżają sąsiadującą z Kongiem Rwandę o udzielanie M23 wsparcia wojskowego i logistycznego. Według The Economist rebelianci kontrolują dziś znaczną część prowincji Kiwu Północne i Kiwu Południowe we wschodniej części kraju, gdzie stworzyli własną administrację.

Bojownicy z rebelianckiej grupy M23
Bojownicy z rebelianckiej grupy M23
Autor. Al Jazeera English, CC BY-SA 2.0
Kopalnia Rubaya w Kiwu Północnym. Odpowiada za 15% światowej produkcji koltanu. Od 2024 roku znajduje się pod kontrolą M23
Kopalnia Rubaya w Kiwu Północnym. Odpowiada za 15% światowej produkcji koltanu. Od 2024 roku znajduje się pod kontrolą M23
Autor. MONUSCO Photos, CC BY-SA 2.0

Mariusz Majewski od lat podróżuje do regionów omijanych przez większość turystów. Do Demokratycznej Republiki Konga poleciał, bo chciał zobaczyć kolejne miejsca, do których dociera niewielu ludzi. 

Jednym z punktów jego podróży była prowincja Kwango, gdzie toczyły się walki rebeliantów grupy Mobondo z siłami rządowymi. 

Majewski wiedział, że okolica jest niebezpieczna. Nie zdawał sobie jednak sprawy ze skali zagrożenia. Wynajął samochód z kierowcą. Nie powiedział mu, dokąd dokładnie chce jechać. Obawiał się, że kierowca odmówi podróży w stronę Kwango. Ograniczał się jedynie do wskazywania kierunku.

Reklama

Po kilku godzinach jazdy ich samochód został zatrzymany przez stacjonujących nieopodal kongijskich żołnierzy. Jeden z wojskowych poprosił Polaka o jego paszport. 

W pierwszej chwili Majewski nie był szczególnie przestraszony. Podobne kontrole przechodził wcześniej w innych państwach Afryki. Zwykle kończyło się na krótkim sprawdzeniu dokumentów, ewentualnie wręczeniu łapówki. Tym razem było inaczej.

Stał bez ruchu i wpatrywał się w mój paszport z szeroko otwartymi oczami. Był jak zahipnotyzowany, pamiętam, jakie niedowierzanie malowało się na jego twarzy” – wspomina Majewski. W końcu żołnierz krzyknął do niego: „Wysiadać, natychmiast!”.

Nikt nie wiedział co się dzieje z Polakiem

Gdy rodzina Majewskiego straciła z nim kontakt, nie wiedziała, gdzie się znajduje. Choć Polak poinformował bliskich, że wybiera się do Demokratycznej Republiki Konga, nie ujawnił szczegółowego planu podróży ani trasy, którą zamierzał przebyć.

Jego sprawą od samego początku interesował się Jakub Głowaczewski. Co ciekawe, niecały miesiąc przed zaginięciem Polaka negocjator uczestniczył – wraz z 17 prezydentami afrykańskich państw – w uroczystości inauguracji drugiej kadencji prezydenta DRK Félixa Tshisekediego.

Jak przyznaje Głowaczewski, w sprawie Polaka od samego początku docierały do niego sprzeczne informacje. „Najpierw usłyszałem, że Mariusz zaginął podczas podróży z Zambii do Konga i prawdopodobnie próbował przekroczyć granicę lądową. W pierwszej chwili uznałem, że jeśli chodzi o Zambię, sytuacja będzie stosunkowo prosta do wyjaśnienia, bo mam dobre relacje z tamtejszym prezydentem. Szybko jednak okazało się, że problem dotyczy nie Zambii, lecz Demokratycznej Republiki Konga, a to diametralnie zmieniało sytuację. Kongo jest krajem niezwykle trudnym pod względem politycznym i dyplomatycznym, a na początku praktycznie nie mieliśmy żadnych konkretnych informacji” – mówi Głowaczewski. 

Polska wrogiem Demokratycznej Republiki Konga?

Tymczasem kolejni kongijscy wojskowi przesłuchiwali Polaka. Majewskiego poinformowano, że jest podejrzewany o szpiegostwo. „Nic, co mówiłem, nie miało znaczenia” – wspomina. Majewski tłumaczył im, że doszło do absurdalnego nieporozumienia, że jest tylko podróżnikiem i chciał dotrzeć do miejsca, w którym wcześniej nie był. Jego słowa nie przekonały wojskowych.

Zanim został aresztowany, jeden z żołnierzy zapytał go, czy zgodzi się z tym, że Polska jest wrogiem Demokratycznej Republiki Konga. „Wpadłem w kompletne osłupienie” – wspomina Majewski.

Jak to możliwe, że położone – z perspektywy Polaków – na krańcu świata, tropikalne państwo zaczęło uważać Polskę za swojego wroga? 7 lutego 2024 roku ówczesny prezydent Polski Andrzej Duda złożył oficjalną wizytę w Kigali, stolicy Rwandy. Podczas wspólnej konferencji prasowej z rwandyjskim prezydentem Paulem Kagame powiedział: „Wspieramy Ukrainę i będziemy ją wspierali. Jeżeli Rwanda będzie w niebezpieczeństwie, także będziemy Rwandzie nieść wsparcie. Dlatego rozmawiamy o edukacji – także o tej edukacji wojskowej – po to, żeby Rwanda poprzez swoją młodzież, która jest gotowa bronić swojego kraju w przypadku jakiejkolwiek napaści, była bezpieczniejsza. Mamy nadzieję także w przyszłości na rozwijanie współpracy naszych przemysłów obronnych”. 

Spotkanie byłego prezydenta Polski Andrzeja Dudy z prezydentem Rwandy Paulem Kagame, 7 lutego 2024
Spotkanie byłego prezydenta Polski Andrzeja Dudy z prezydentem Rwandy Paulem Kagame, 7 lutego 2024
Autor. Marek Borawski/KPRP

W kongijskiej przestrzeni publicznej zaczęła pojawiać się narracja, że Polska wspiera regionalnego wroga. „W Kongu powstało przekonanie, że Polska udziela militarnego wsparcia Rwandzie, że wysyła broń albo nawet żołnierzy, co było kompletną nieprawdą” – mówi Głowaczewski. Jak dodaje, słowa Andrzeja Dudy zostały częściowo przekręcone i celowo nagłośnione w DRK. 

Demokratyczna Republika Konga wydała nawet oficjalną notę dyplomatyczną, w której stwierdzono, że Polska „sprzymierzyła się z Rwandą przeciwko Kongu”. Sytuację dodatkowo komplikował brak polskiej placówki dyplomatycznej w Kinszasie (stolicy DRK), co ograniczało możliwość prowadzenia bieżącego dialogu i szybkiego reagowania na pojawiające się nieporozumienia.

Tajny areszt wojskowy "niczym z koszmaru"

„Wykonałem kilka telefonów do swoich kontaktów w Kinszasie, próbując ustalić, czy tamtejsze władze wiedzą cokolwiek o tym, gdzie może być Mariusz. Odpowiedź była negatywna. Jednocześnie dało się wyraźnie odczuć, że relacje z kongijską stroną są napięte. Kongijczycy czuli się urażeni wypowiedzią Andrzeja Dudy w Rwandzie” – przyznaje Głowaczewski.

Żołnierze kongijskiej armii w okolicach miasta Goma, 2013 rok
Żołnierze kongijskiej armii w okolicach miasta Goma, 2013 rok
Autor. MONUSCO Photos, CC BY-SA 2.0

Tymczasem Mariusz trafił do tajnego aresztu wojskowego. Celę dzielił z około 20 osadzonymi. Wszyscy byli skrajnie wychudzeni. Niektórzy ledwo trzymali się na nogach. Pomieszczenie miało może osiem metrów długości i cztery szerokości. Nie było łóżek, szaf ani świateł. Więźniowie spali na podłodze.

„Wyglądało to niczym z koszmaru. Pomieszczenie było ruiną, ściany z blachy były nierówne, posklejane byle jak, w podłodze były dziury wielkości pięści. Wszędzie były robaki. Po podłodze, ścianach, suficie łaziły pająki, mrówki, gąsienice i przede wszystkim karaluchy” – opowiada Majewski. „Do tego niebywały smród uryny i fekaliów” – dodaje.

W ciągu dnia temperatura wewnątrz sięgała ekstremalnie wysokich wartości. Jak ocenia Majewski, na pewno dochodziła do 40 stopni. Przez to, że ściany wykonane były z blachy, powietrze w celi nagrzewało się w błyskawicznym tempie.

Każdy z osadzonych otrzymywał pół litra wody raz na dwa dni. Jak wspomina dziś Majewski, nie było to w stanie w najmniejszym stopniu zaspokoić nieznośnego pragnienia. „Ten okres, kiedy nikt nie wiedział, co się z nim dzieje, był dla Mariusza szalenie niebezpieczny. Władze mogły dojść do wniosku, że łatwiej im będzie wyjść z całego tego zamieszania, strzelając gdzieś po cichu Mariuszowi w głowę i pozbywając się ciała, a następnie udając, że nie mają pojęcia, co mogło się z nim stać” – mówi Głowaczewski. 

Reklama

Pewnego dnia do celi weszli żołnierze. „Wstawaj. Wychodzisz na wolność. Wiemy już, że nie jesteś szpiegiem” – miał usłyszeć Majewski.

Uwierzył natychmiast. Kilka godzin później zrozumiał, że został oszukany. Przewieziono go do prokuratury wojskowej w Kinszasie. Tam Polak został doprowadzony do okratowanej celi wypełnionej ludźmi. „Ze 40 osób siedziało na podłodze, wszyscy dokładnie w tej samej pozycji, z kolanami podkurczonymi pod brodę, stopami podciągniętymi aż do pośladków i rękami obejmującymi nogi” – relacjonuje Majewski. Jak dodaje, nie przeżyłby tam nawet dwóch dni. „Widziałem więźnia, który lekko się poruszył i od razu został uderzony metalowym prętem” – wspomina.

Ostatecznie w prokuraturze spędził pół dnia. Następnie Majewskiego przewieziono do największego zakładu karnego w Kongu – skrajnie przepełnionego więzienia Makala. To tam po raz pierwszy udało mu się skontaktować z rodziną.

Polska zwróciła się o pomoc do Belgów

Z początku sprawą polskiego podróżnika zajmowało się Ministerstwo Spraw Zagranicznych, próbując doprowadzić do jego uwolnienia za pomocą nacisków dyplomatycznych. W tym celu zaangażowano Ambasadę Polski w Angoli, która odpowiada między innymi za kontakty z DRK. 

Gdy potwierdzono, że Mariusz przebywa w więzieniu Makala – największym zakładzie karnym w Kinszasie – polska strona zwróciła się do Belgów o wsparcie dyplomatyczne. „Było to standardowe działanie wynikające z praktyki dyplomatycznej i współpracy między krajami UE. Jeśli państwo unijne nie posiada własnej placówki w danym kraju, może zwrócić się o pomoc do ambasady innego państwa należącego do Unii Europejskiej” – tłumaczy Głowaczewski.

Jak ocenia, zaangażowanie belgijskiej dyplomacji nie przyniosło jednak oczekiwanych rezultatów. „Próby interweniowania przez belgijską stronę dały Mariuszowi nadzieję na jego szybkie uwolnienie. Finalnie został oskarżony o szpiegostwo i postawiony przed sądem wojskowym” – mówi Głowaczewski.

Polski rząd zdecydował o zaangażowaniu negocjatora. Przyjeżdżając kolejny raz do Konga, Głowaczewski starał się sprawiać wrażenie, że jego obecność w Kinszasie nie ma większego związku ze sprawą zatrzymanego Polaka. „Nie chcieliśmy pokazywać, że Polsce aż tak bardzo zależy na jego uwolnieniu” – mówi. Jak tłumaczy, obawiano się, że niektóre osoby, dostrzegając starania Polaków, będą próbowały coś ugrać dla siebie. Zbyt duża aktywność mogła również uwiarygodnić oskarżenia o szpiegostwo.

Jak znaleźć właściwego partnera w Afryce

„Podróżuję w bardzo małym składzie, najchętniej w pojedynkę. Jeśli lecę na Bliski Wschód czy do Afryki, to kiedy jestem sam i siadam naprzeciwko rozmówcy, łatwiej o otwartą rozmowę” – mówi Głowaczewski.

Jak wskazuje, najtrudniejsze w Afryce jest znalezienie właściwego partnera, który rzeczywiście może pomóc w danej sytuacji. „To specyficzne środowisko, w którym bardzo łatwo natknąć się na ludzi przedstawiających się jako osoby doskonale ustosunkowane: jedni twierdzą, że są krewnymi prezydenta, inni powołują się na wpływowe kontakty w wojsku czy administracji i zapewniają, że wszystko da się załatwić. Zwykle jednak szybko okazuje się, że przede wszystkim oczekują pieniędzy” – mówi negocjator.

Jakub Głowaczewski po latach pracy i setkach rozmów prowadzonych w różnych krajach regionu nauczył się szybko oceniać, kto faktycznie może pomóc, a kto jedynie próbuje wykorzystać sytuację dla własnych korzyści.

Reklama

Najważniejsze rozmowy prowadził z ludźmi związanymi bezpośrednio z otoczeniem prezydenta Félixa Tshisekediego. Spotkania często odbywały się późno w nocy, w restauracjach i prywatnych klubach w Kinszasie. 

Tymczasem Majewski próbował przetrwać w Makali. Trafił do najbardziej „luksusowej” części więzienia. Miał własne łóżko. Na korytarzach inni więźniowie spali na podłodze.

Za miejsce w celi musiał zapłacić 400 dolarów. Pieniądze zorganizowała jego partnerka Mariola. Cela była pełna ludzi należących wcześniej do kongijskich elit. Jednym z osadzonych był były minister turystyki Modero Nsimba. W marcu 2023 roku został aresztowany pod zarzutami korupcji i defraudacji środków publicznych. Mariusz spotkał go w pierwszym areszcie, do którego trafił. Jemu również wcześniej obiecywano rychłe uwolnienie.

W Makali nie było strażników więziennych. Osadzeni funkcjonowali według własnych zasad. Jedynie na wieżyczkach wokół murów byli żołnierze, którzy obserwowali, czy nikt nie ucieka. Oznaczało to, że o jedzenie, wodę, leki Majewski musiał zadbać sam.

Najważniejszym więźniem był tzw. boss – osoba, która wcześniej była niezwykle wpływowa na zewnątrz, z kontaktami w policji, sądach i wśród polityków. Z jakiegoś powodu noga mu się powinęła i trafił do więzienia, ale nie utracił swoich wpływów na zewnątrz. W związku z tym naczelnik więzienia musiał się liczyć z jego zdaniem. Boss cieszył się największym autorytetem i miał decydujący głos w wielu istotnych dla osadzonych kwestiach. Jak wspomina Majewski, potrafił on załatwić niemal wszystko – z wyjątkiem uniewinnienia.

Uwięzieni bez szansy na rozprawę sądową

W więzieniu Makala Majewski spotykał ludzi, wobec których formułowano absurdalne zarzuty. Wielu z nich latami siedziało bez wyroku. Jak tłumaczy, w praktyce rozpoczęcie procedury sądowej często wymagało zaangażowania prawnika i odpowiednich kontaktów. Bez tego państwo po prostu „zapominało” o zatrzymanym.

Osadzeni nie mieli pojęcia czy kiedykolwiek wyjdą z więzienia. Większość z nich pochodziła z biednych rodzin, których nie było stać na adwokata. „Często jest tak, że ktoś trafia do więzienia i po prostu znika” – mówi Majewski.

Jednym z takich więźniów był Didier, który po bójce z kuzynem został osadzony w Makali. Kuzyn miał znajomości w policji, której zgłosił sprawę. Gdy Mariusz poznał w więzieniu Didiera, chłopak siedział tam już ósmy rok bez rozprawy sądowej. I nie zanosiło się, by miała ona kiedykolwiek się rozpocząć. Innym więźniem był Sébastien, Francuz, specjalista do spraw technologii żywienia. Przyjechał do DRK na zlecenie swojej firmy. Jak opowiadał Mariuszowi, miał brać udział w jakichś negocjacjach, które nie spodobały się kongijskiej stronie i parę dni później został zatrzymany. W Makali siedzi do dziś. Mówił Majewskiemu, że Francja się nim nie interesuje.

Reklama

Sytuacja Sébastiena pokazuje, że państwa bardzo różnie podchodzą do ochrony swoich obywateli za granicą. Nie zawsze prowadzone są aktywne działania na rzecz ich uwolnienia” – komentuje Głowaczewski.

Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale wiele państw podchodzi do tego zupełnie inaczej. Często pomoc ogranicza się do działań konsularnych – kontaktu z rodziną czy sporadycznych wizyt w więzieniu.

„Belgowie, którzy na naszą prośbę interweniowali w sprawie Mariusza, powiedzieli nam, że gdyby chodziło o ich obywatela, prawdopodobnie w ogóle nie angażowaliby się w podobne działania” – wspomina negocjator. Jak wskazuje, jeżeli resort spraw zagranicznych danego kraju ostrzega przed wyjazdem albo wręcz odradza podróżowanie w określone rejony, a ktoś mimo to decyduje się tam pojechać, traktowane jest to jako świadome podjęcie ryzyka.

„Państw, które posiadają ludzi wyspecjalizowanych w prowadzeniu tego typu nieformalnych rozmów i negocjacji, jest naprawdę niewiele. To raczej wyjątek niż reguła” – ocenia Głowaczewski.

Przetrwać w "kongijskim piekle"

Polakowi doradzano, by w więzieniu nie wyróżniał się bardziej niż to konieczne. Jako biały Europejczyk oskarżony o szpiegostwo i umieszczony w najlepszej części zakładu już i tak przyciągał uwagę innych osadzonych. By pozostawać w kontakcie z rodziną, Majewski potrzebował mieć telefon. Boss decydował o tym, kto może go zakupić.

Jeden z więźniów podpowiedział Polakowi, żeby wręczył wpływowemu osadzonemu drobny prezent. Kupił więc cukierki. Boss obiecał, że się zastanowi, ale ostatecznie odmówił. Bał się, że przyznanie zgody oskarżonemu o szpiegostwo Polakowi na posiadanie telefonu zostanie źle odebrane przez innych więźniów, a także osoby z zewnątrz. Pozwolił jednak, by Majewski – za opłatą – korzystał z telefonu należącego do jednego z osadzonych.

Każde wyjście po jedzenie albo wodę wiązało się z ryzykiem. Więźniowie zaczepiali go, żądali pieniędzy, czasem grozili. Nawet za przejście przez bramę prowadzącą do więziennego sklepu trzeba było płacić. Po dokonaniu zakupów wracał tą samą trasą, ponownie narażając się na zaczepki i niebezpieczne sytuacje.

Negocjator coraz bardziej obawiał się nie procesu, lecz tego, czy Mariusz zwyczajnie przeżyje pobyt w Makali. „Bałem się, że coś mu się tam stanie, zanim ktokolwiek podejmie decyzję w jego sprawie” – mówi Głowaczewski. Jak opowiada, dzień przed procesem „przemycił się” do środka więzienia. „Ludzie próbują z Makali uciekać. Ja nielegalnie dostałem się do środka” – mówi negocjator.

Jak podkreśla, wszędzie były przerażająco duże tłumy. „Nie dało się przejść” – wspomina. Negocjatorowi udało się zabrać polskiego podróżnika do więziennej kliniki. Próbował przekonać lekarza, by zgodzili się na zwolnienie Majewskiego ze względów zdrowotnych.

„Mówiłem Mariuszowi: »musisz wyglądać na umierającego, wycieńczonego, ledwo stać na nogach. Powiemy lekarzowi, że muszę cię stąd zabrać, bo inaczej im tu padniesz i będą mieli problemy«” – opowiada Głowaczewski. Sąd odmówił. Sędzia prawdopodobnie obawiał się reakcji opinii publicznej.

Dziś Głowaczewski przyznaje, że to był dla niego jeden z najtrudniejszych momentów. „Patrzysz na człowieka w takim stanie i słyszysz, że mimo wszystko go nie wypuszczą. Wtedy wiedziałem już, że muszę znaleźć zupełnie inne rozwiązanie” – mówi.

Sprawą Mariusza żyło całe Kongo

Na Głowaczewskim skupiała się ogromna presja. „Z jednej strony telefony z Warszawy, pytania o sytuację, z drugiej sam Mariusz, któremu musiałem powiedzieć: spokojnie, mamy plan B. A później wracałem sam do hotelu w Kinszasie i zastanawiałem się, co dalej” – wspomina.

Tymczasem sprawą Majewskiego żyło już całe Kongo. Jego proces transmitowano w kongijskiej telewizji. Przed murami Makali gromadzili się ludzie śledzący przebieg rozpraw. Prokurator oskarżył Polaka o szpiegostwo i działania przeciwko państwu kongijskiemu.

Reklama

Głowaczewskiemu udało się dotrzeć do sędziego – wojskowego generała – przez pośrednika. „Usłyszałem wprost, że dowody są niewystarczające, ale postępowanie musi się odbyć. Było jasne, że cały proces nie opierał się wyłącznie na materiale dowodowym, lecz miał również wymiar polityczny. Zapewniono mnie jednak, że podczas ostatniej rozprawy Mariusz zostanie uniewinniony” – mówi Głowaczewski.

Negocjator postanowił nie przychodzić na ostatnią rozprawę Polaka, na której miał zapaść wyrok. Chodziło o zachowanie pozorów, że Majewski jest sam, a państwo nie jest nim szczególnie zainteresowane. 

„Uznałem, że najlepszym rozwiązaniem będzie ograniczenie mojej obecności w kraju i nieeskalowanie sytuacji tak, aby nie doprowadzić do ingerencji ze strony wyższych szczebli władzy” – mówi Głowaczewski. Dlatego jeszcze przed ogłoszeniem wyroku opuścił Kinszasę. „Nie chcieliśmy sprawiać wrażenia, że państwo polskie prowadzi w tej sprawie jakąś specjalną operację” – wskazuje negocjator. Głowaczewski poprosił również ambasadora Polski w Luandzie, by opuścił Kongo.

Przed wyjazdem z Kinszasy negocjator spotykał się jeszcze z wysoko postawionymi przedstawicielami kongijskich władz. Jak mówi, chciał ograniczyć ryzyko politycznej ingerencji w proces. „Cokolwiek udałoby się zrobić na poziomie operacyjnym, jeden telefon z pałacu prezydenckiego mógł wszystko zmienić. Musiałem mieć pewność, że taki telefon nie zostanie wykonany” – mówi.

Zamach na życie Tschisekediego

W czasie przedostatniej rozprawy prokurator rozszerzył listę zarzutów wobec Majewskiego o próbę zorganizowania zamachu na życie prezydenta Konga Félixa Tschisekediego. Polak roześmiał się z absurdalności oskarżenia.

Majewski miał jednak niebywałego pecha. Na krótko przed ostatnią rozprawą doszło do próby zamachu na życie Tshisekediego. Wiadomo było, że brali w nim udział Amerykanie.

Atmosfera w kraju się zmieniła. „Do dziś pamiętam, jak sam byłem zaskoczony rozwojem wydarzeń. Po nieudanym zamachu stanu była jeszcze większa presja na to, by pokazać, że Kongo poważnie traktuje próby ingerencji w suwerenność kraju” – mówi Głowaczewski. Polak miał zostać skazany na śmierć, by posłużyć jako ostrzeżenie dla innych państw, jak kończy się ingerowanie w sprawy DRK.

Ostatecznie – dzięki staraniom polskich władz – tę karę zamieniono na dożywocie i grzywnę w wysokości dziesięciu milionów dolarów. „To nam kupiło trochę więcej czasu” – mówi Głowaczewski.

Polskie władze starały się utrzymać sprawę z dala od mediów. Rodzinie Majewskiego Ministerstwo Spraw Zagranicznych rekomendowało, by jej nie nagłaśniać. Gdy Polak usłyszał, że został skazany na dożywocie, skontaktował się z dziennikarzem Bogdanem Rymanowskim, który zainteresował się już wcześniej jego sprawą i poprosił go o nagłośnienie swojej historii. Jeszcze tego samego dnia na stronie Interii pojawił się obszerny artykuł o Polaku więzionym w Demokratycznej Republice Konga.

Rozmowa prezydentów

Mariusz Majewski był przekonany, że resztę życia spędzi w kongijskim więzieniu. Przeniesiono go do innego zakładu karnego. Tym razem dzielił celę tylko z jednym więźniem. W środku pomieszczenia stał nawet telewizor. Strażnicy codziennie dawali mu kilka papierosów i pozwalali wyjść na dziedziniec. „I tak miało wyglądać moje życie już zawsze” – mówi Majewski.

Pewnego dnia, oglądając telewizję, zwrócił uwagę na pasek informacyjny. Nie rozumiał większości znajdującego się na nim komunikatu, ale szybko zorientował się, że chodzi o rozmowę prezydentów Polski i Demokratycznej Republiki Konga. Na pasku pojawiły się dwa nazwiska: „Andrzej Duda” i „Félix Tshisekedi”.

Jak się okazało, prezydent Polski zadzwonił do Tschisekediego. Rozmawiali ze sobą godzinę. „To ja poprosiłem, by Andrzej Duda wykonał telefon do prezydenta Kongo” – mówi Głowaczewski.

Reklama

Kilka dni później do celi Polaka weszli wojskowi. Bez słowa wyprowadzili go z więzienia. „Byłem pewny, że jadę na egzekucję” – wspomina Majewski. „Myślałem, że po prostu mnie rozstrzelają i nikt nigdy się o tym nie dowie” – dodaje.

W rzeczywistości funkcjonariusze przewieźli go na lotnisko, na którym wsadzono podróżnika na pokład samolotu do Brukseli. Majewski został deportowany. „Decyzja zapadła na najwyższym szczeblu” – mówi Głowaczewski. W Kongu, jeśli decyzję podejmie prezydent, nikt z nią nie dyskutuje. Negocjator czekał na Polaka w Belgii.

Głowaczewski wspomina, jak Majewski zadzwonił kiedyś do niego z więzienia Makala. „Słyszę od niego »Kuba, powiedz mi, czy coś się dzieje w mojej sprawie? Czy ty coś robisz? Bo ja nic nie wiem. Powiedz mi cokolwiek«. Odpowiedziałem mu, że nie mogę przez telefon przekazać zbyt wiele, bo rozmowy są podsłuchiwane. Dodałem jednak: »Uwierz mi, że coś się dzieje, wszystko idzie w dobrą stronę«. Poprosiłem go, żeby mi zaufał. Powiedziałem, że wszystko mu wytłumaczę, kiedy się spotkamy już po jego wyjściu. Myślę, że ta obietnica w pewnym sensie trzymała go wtedy przy nadziei. Pierwsze, co zrobiłem po naszym spotkaniu, to zabrałem go na piwo na lotnisku. Powiedziałem mu wtedy: »No dobrze, to teraz mogę ci opowiedzieć, co naprawdę się tutaj wydarzyło«” – opowiada.

Jeszcze tego samego dnia obaj wrócili do Polski. Na lotnisku czekała rodzina Majewskiego. „Na lotnisku Chopina jest taki specjalny pokój, którym dysponuje Straż Graniczna. To jeden z najbardziej niezwykłych momentów tej pracy” – mówi Głowaczewski. „Otwierasz drzwi i widzisz ludzi, którzy przez wiele miesięcy nie wiedzieli, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczą swojego bliskiego żywego. Chwilę później wchodzi ta osoba” – mówi negocjator.

Marzenie o Afryce

Mimo uwolnienia Majewskiego sprawa formalnie nigdy nie została całkowicie zamknięta. Wyrok dożywocia prawdopodobnie wciąż pozostaje w mocy. Mariusz Majewski nadal marzy o podróżach do afrykańskich państw.

„Jeśli chodzi o podróże po Afryce, zalecałbym dziś ostrożność, przynajmniej do momentu pełnego wyjaśnienia jego statusu prawnego. Nie dlatego, że automatycznie grozi mu zatrzymanie, ale dlatego, że przepływ informacji między państwami regionu bywa nieprzewidywalny” – mówi Głowaczewski.

Jak dodaje, teoretycznie polska ambasada mogłaby zwrócić się do odpowiednich instytucji w Kinszasie – na przykład tamtejszego ministerstwa sprawiedliwości – z prośbą o jednoznaczne potwierdzenie statusu prawnego Mariusza Majewskiego. „W teorii możliwe jest nawet, że taka decyzja już zapadła, tylko nie została szerzej zakomunikowana” – wskazuje Głowaczewski.

Pełną historię niemal czteromiesięcznego pobytu w zakładach karnych w Demokratycznej Republice Konga Mariusz Majewski opisał wraz z dziennikarzem Jarosławem Kocembą w książce „W kongijskim piekle”.

Reklama
Reklama