Reklama
  • WIADOMOŚCI

Cień CIA nad Meksykiem. Śmierć „El Payína” jako spór o granice wojny z kartelami

Sprawa śmierci Francisco Beltrána, znanego jako „El Payín”, przestała być wyłącznie epizodem meksykańskiej wojny narkotykowej. Stała się testem dla relacji Meksyku i USA, a zarazem pytaniem, gdzie kończy się współpraca wywiadowcza, a zaczyna ingerencja obcego państwa w operacje bezpieczeństwa na terytorium Meksyku.

Fot. Central Intelligence Agency/Flickr/Domena publiczna
Fot. Central Intelligence Agency/Flickr/Domena publiczna

Jak pisze El País English, Beltrán zginął 28 marca w eksplozji pojazdu na trasie w pobliżu Mexico City, po tym jak jego kierowca odebrał go z lotniska Felipe Ángeles. Według Infobae México, do eksplozji doszło na autostradzie Meksyk–Pachuca, w gminie Tecámac w stanie Meksyk. Drugą ofiarą był Humberto Rangel Muñoz, również pochodzący z Sinaloa.

Znaczenie tej sprawy wynikało nie tylko z samej metody zamachu, ale również z profilu ofiary. Francisco Beltrán nie był opisywany jako jeden z najwyższych przywódców kartelu Sinaloa, lecz raczej jako domniemany operator średniego szczebla – człowiek od kontaktów, logistyki i utrzymywania powiązań między strukturami terenowymi.

Jak podaje Infobae México, Beltrán figurował jako prawdopodobny operator kartelu Sinaloa, ale władze nie doprecyzowały publicznie ani jego rzeczywistej hierarchii, ani bezpośrednich relacji z głównymi frakcjami organizacji, takimi jak Los Mayos i Los Chapitos. To ważne zastrzeżenie: nie chodziło o postać formatu Joaquína „El Chapo” Guzmána czy Ismaela „El Mayo” Zambady, lecz o osobę, która mogła mieć praktyczne znaczenie operacyjne w sieci kartelu.

Część meksykańskich mediów lokowała „El Payína” we frakcji Los Mayos, kojarzonej z Ismaelem „El Mayo” Zambadą. Infobae México zwraca jednak uwagę, że takie skojarzenia wynikają m.in. z narcocorridos, czyli popularnych pieśni sławiących postacie ze świata narkobiznesu, a nie z formalnych dokumentów procesowych. Ten sam tekst podkreśla, że w dostępnych przekazach nie ma pewności, czy chodzi dokładnie o tę samą osobę, którą zidentyfikowano po eksplozji w stanie Meksyk, ani czy w chwili śmierci nadal była ona związana z tą samą frakcją.

Z tej racji profil ofiary czyni ten zamach szczególnie interesującym z punktu widzenia służb. Eliminacja osoby średniego szczebla nie musi oznaczać uderzenia w „głowę” kartelu, ale może być uderzeniem w kluczowy węzeł operacyjny: człowieka łączącego ludzi, trasy, kontakty i informacje. Stąd, według Infobae México, trasa pojazdu miała się zaczynać przy lotnisku Felipe Ángeles, a celem przejazdu miało być Tepito – dzielnica Mexico City od lat kojarzona z nieformalnymi rynkami, przemytem i sieciami przestępczymi. Jeżeli ta informacja jest prawidłowa, obecność Beltrána w tej przestrzeni mogła wskazywać na znaczenie obszaru metropolitalnego Meksyku jako zaplecza logistycznego i kontaktowego dla struktur wywodzących się z Sinaloa.

Szczególne znaczenie miały jednak późniejsze publikacje amerykańskich mediów. Jak relacjonuje agencja Reuters, CNN podała, że CIA miała w ostatnim roku zwiększyć zakres tajnych działań w Meksyku, a elitarna jednostka Ground Branch miała bezpośrednio uczestniczyć w operacjach likwidacyjnych przeciwko członkom karteli. Według tej wersji zabicie Beltrána nie było przypadkową eksplozją, lecz elementem szerszej kampanii wymierzonej w wybranych członków karteli.

Reklama

Równolegle The New York Times przedstawił nieco inną wersję: atak miały przeprowadzić siły meksykańskie, natomiast CIA miała zapewnić wsparcie planistyczne i wywiadowcze. Ta różnica jest istotna, ponieważ w wersji CNN pojawia się sugestia bezpośredniego udziału amerykańskich funkcjonariuszy w operacjach śmiercionośnych, podczas gdy w wersji NYT mamy raczej obraz operacji meksykańskiej, wspieranej przez amerykański wywiad. Obie wersje łączy jednak teza, że granica między wymianą informacji a operacyjnym udziałem USA mogła zostać przesunięta.

Władze Meksyku zareagowały wyjątkowo ostro. Jak podaje Reuters, Omar García Harfuch, sekretarz bezpieczeństwa i ochrony obywateli, stwierdził, że rząd meksykański kategorycznie odrzuca każdą wersję wydarzeń, która miałaby normalizować, usprawiedliwiać lub sugerować istnienie tajnych, śmiercionośnych albo jednostronnych operacji zagranicznych agencji na terytorium Meksyku. Jednocześnie podkreślił, że współpraca ze Stanami Zjednoczonymi istnieje, ale nie może oznaczać zgody na działania obcych służb prowadzone poza kontrolą władz meksykańskich.

Równie stanowczo wypowiedziała się sama CIA. Rzeczniczka agencji Liz Lyons określiła doniesienia CNN jako „fałszywe i sensacyjne”, twierdząc, że służą one jako kampania public relations karteli i narażają życie Amerykanów. CNN w odpowiedzi podtrzymała swoje ustalenia. Associated Press dodała, że również The New York Times pozostał przekonany o dokładności własnej publikacji. Oznacza to, że mamy do czynienia nie z prostym dementi jednej niepewnej informacji, lecz z otwartym sporem między wpływowymi mediami, rządem Meksyku i amerykańską agencją wywiadowczą.

Claudia Sheinbaum, prezydent Meksyku, próbowała jednocześnie zamknąć sprawę politycznie. Określiła doniesienia CNN mianem kłamstwa, a pytana o publikację The New York Times nazwała ją „fikcją wielkości wszechświata”. W jej przekazie sednem sprawy była suwerenność: Meksyk może współpracować z USA w obszarze wymiany informacji, ale nie akceptuje operacji obcych agentów lub sił specjalnych na własnym terytorium.

Problem polega na tym, że te zaprzeczenia pojawiły się po serii wcześniejszych incydentów, które już wcześniej podkopały zaufanie między Meksykiem a Stanami Zjednoczonymi. Jak przypomina Reuters, 19 kwietnia w stanie Chihuahua zginęło w wypadku samochodowym dwóch amerykańskich urzędników wracających z meksykańskiej operacji bezpieczeństwa wymierzonej w laboratorium narkotykowe. Trzy źródła agencji twierdziły, że byli to funkcjonariusze CIA. Sheinbaum podkreślała później, że rząd federalny nie był świadomy ich udziału w tej operacji i że nieautoryzowane uczestnictwo funkcjonariuszy USA nie powinno się powtórzyć.

Właśnie dlatego sprawa Beltrána jest czymś więcej niż sporem o to, kto dokonał zamachu. Jak zwraca uwagę The Guardian, relacje USA–Meksyk znalazły się w jednym z najbardziej napiętych momentów od dekad. Presja Waszyngtonu wzrosła po publicznych oskarżeniach wobec meksykańskich urzędników o związki z kartelami, po doniesieniach o obecności CIA w operacjach terenowych oraz po wypowiedziach administracji Donalda Trumpa sugerujących gotowość do bardziej agresywnych działań przeciwko kartelom. The Guardian przytacza też słowa Jorge Castañedy, byłego szefa meksykańskiej dyplomacji, który ocenił, że jest to najtrudniejszy moment w relacjach dwustronnych co najmniej od lat 80.

Reklama

Sprawa ta pokazuje zderzenie dwóch odmiennych sposobów myślenia o walce z kartelami. Dla USA kartele są coraz częściej problemem bezpieczeństwa narodowego, ponieważ odpowiadają za przemyt fentanylu, przemoc transgraniczną, korupcję i destabilizację regionu. Dla Meksyku najważniejsze jest natomiast to, aby walka z kartelami nie stała się pretekstem do działań amerykańskich służb na jego terytorium bez pełnej zgody i kontroli władz meksykańskich.

Jeśli zaś kartele są przez stronę amerykańską traktowane jako odpowiednik organizacji terrorystycznej, stanowi to uzasadnienie dla udziału wywiadu, jednostek paramilitarnych lub sił specjalnych poza własnym terytorium. Wynika to bezpośrednio z decyzji administracji Donalda Trumpa o uznaniu karteli nie tylko za struktury przestępcze, lecz za zagrożenie bezpieczeństwa narodowego. Zgodnie z rozporządzeniem Białego Domu z 20 stycznia 2025 roku „Designating Cartels And Other Organizations As Foreign Terrorist Organizations And Specially Designated Global Terrorists”, administracja USA uznała międzynarodowe kartele za podmioty wykraczające poza tradycyjną przestępczość zorganizowaną.

Z kolei amerykańska Drug Enforcement Administration (DEA) wskazuje, że kartel Sinaloa i Cártel Jalisco Nueva Generación są głównymi aktorami napędzającymi kryzys syntetycznych narkotyków, w tym fentanylu, w Stanach Zjednoczonych. Z perspektywy USA kartele są więc coraz częściej opisywane językiem wojny z terroryzmem: jako struktury ponadnarodowe, silnie uzbrojone, zdolne do korumpowania państwa, kontrolowania terytorium i wytwarzania skutków strategicznych po drugiej stronie granicy. Z perspektywy Meksyku ten sam język tworzy jednak ryzyko zalegalizowania logiki interwencyjnej.

Z tej racji prezydent Sheinbaum – jak podaje m.in. Anadolu Agency – tak konsekwentnie mówiła o suwerenności, nawet jeśli równocześnie utrzymuje kanały współpracy wywiadowczej i policyjnej z USA. W przytoczonej depeszy stwierdziła, że Meksyk chce dalej współpracować i koordynować działania z USA, ale nie z udziałem agentów lub urzędników amerykańskich, którzy nie przestrzegają meksykańskich procedur. Padła wówczas formuła: „suwerenności się broni; suwerenność nie podlega negocjacjom”.

W ten sposób sprawa Beltrána staje się punktem przecięcia dwóch porządków: operacyjnego i politycznego. Operacyjnie dotyczy pytania o rolę CIA w konkretnym ataku. Politycznie dotyczy jednak znacznie większej kwestii – czy amerykańska strategia walki z kartelami zaczyna przesuwać się od współpracy policyjno-wywiadowczej ku modelowi działań jednostronnych, znanemu z globalnej wojny z terroryzmem. To właśnie w tym kontekście należy odczytywać zarówno stanowcze zaprzeczenia władz Meksyku, jak i konsekwentne odwoływanie się prezydent Claudii Sheinbaum do zasady suwerenności.

Najbardziej prawdopodobny wniosek jest taki, że nawet jeżeli CIA nie prowadziła w Meksyku jednostronnych „operacji likwidacyjnych”, to sam spór pokazuje, iż współpraca przeciwko kartelom narkotykowym przesuwa się w strefę coraz większej tajności, silniejszej presji amerykańskiej i większej wrażliwości suwerennościowej po stronie Meksyku. Śmierć „El Payína” stała się symbolem tej szarej strefy: między wywiadem a operacją specjalną, między wsparciem a współodpowiedzialnością, między walką z kartelami a ryzykiem, że Meksyk zostanie potraktowany jako kolejne pole zewnętrznej wojny prowadzonej przez USA.

Reklama
Reklama