- OPINIA
- WIADOMOŚCI
- KOMENTARZ
Od wywiadu do stand-upu, czyli publiczny performans byłego szefa Agencji Wywiadu
Zamiast chłodnej analizy – medialne show. Były szef Agencji Wywiadu, opowiadając o rzekomym zatrudnianiu youtuberów i robieniu „psikusów” na Białorusi, wręczył Mińskowi oraz Moskwie gotowy prezent propagandowy. Co więcej, ujawnianie „kulisów operacji” dla medialnego poklasku to nie tylko utrata powagi, ale przede wszystkim gigantyczne ryzyko dla bezpieczeństwa Polski.
Odejście ze służby jest dla wielu funkcjonariuszy poważną cezurą życiową, a dla części z nich może być wręcz doświadczeniem szokowym. Dotychczasowe więzi instytucjonalne zostają zazwyczaj gwałtownie ograniczone, a kontakt z dawnym środowiskiem służbowym sprowadza się często do relacji formalnych, utrzymywanych za pośrednictwem Zakładu Emerytalno-Rentowego lub Wojskowego Biura Emerytalnego. W efekcie wielu byłych funkcjonariuszy musi samodzielnie znaleźć sobie nowe miejsce w życiu. Skuteczność tego procesu bywa różna i często zależy od pozycji, jaką dana osoba zajmowała wcześniej w hierarchii służb.
Osoby, które pełniły wysokie funkcje, nierzadko próbują zachować publiczną rozpoznawalność poprzez książki, wspomnienia albo wywiady-rzeki. Często nie są to jednak chłodne bilanse rzeczywistych dokonań, lecz raczej opowieści o ambitnych zamiarach, których – rzecz jasna, nie z ich winy – nie udało się zrealizować. Inni wybierają stałą obecność w mediach, gdzie występują jako komentatorzy spraw bezpieczeństwa, udzielając obszernych wywiadów i formułując daleko idące oceny. W ten sposób ekspercki komentarz zaczyna czasem mieszać się z autopromocją, a doświadczenie wyniesione ze służby staje się narzędziem budowania własnej pozycji medialnej.
Na tym tle pojawia się nowe zjawisko: publiczny performans byłego szefa Agencji Wywiadu, który sprawia wrażenie próby wyjścia z cienia i zapewnienia sobie rozpoznawalności poprzez wypowiedzi łatwe do przekształcenia w medialne clickbaity.
Szczególnie problematyczne są jego sugestie, że polski wywiad miał zatrudniać youtuberów podczas kryzysu na granicy z Białorusią oraz prowadzić działania dezinformacyjne wobec hoteli na Białorusi poprzez różnego rodzaju „psikusy”, jak sam to barwnie określił. Dodatkowo nie doprecyzował, czy mówiąc o youtuberach, miał na myśli twórców polskich, czy też osoby pochodzące z krajów, z których przybywali migranci. Już sama ta niejasność jego wypowiedzi zwiększa ryzyko interpretacyjne, ponieważ pozwala mediom, przeciwnikom politycznym i propagandzie białoruskiej lub rosyjskiej dopowiadać własne wersje tej historii.
Trudno jednoznacznie ocenić, co były szef AW takim wystąpieniem – będącym swoistym stand-upem – zamierzał osiągnąć i czy miał świadomość jego konsekwencji. Problem polega jednak na tym, że w tego rodzaju sprawach intencje autora wypowiedzi mają znaczenie drugorzędne wobec skutków komunikacyjnych. Publiczność, media i przeciwnik zewnętrzny nie analizują niuansów. Wybierają najbardziej nośne elementy: „wywiad”, „youtuberzy”, „dezinformacja”, „hotele”, „psikusy”. W ten sposób złożony problem bezpieczeństwa państwa zostaje sprowadzony do sensacyjnej anegdoty.
Najważniejszą konsekwencją jest utrata kontroli nad narracją. Państwo polskie przez lata przedstawiało kryzys graniczny jako element białoruskiej i rosyjskiej presji hybrydowej. Wypowiedź byłego szefa Agencji Wywiadu może tę ramę odwrócić. Mińsk i Moskwa mogą teraz twierdzić, że to nie Białoruś manipulowała migrantami, lecz Polska prowadziła wobec nich działania dezinformacyjne. Nie chodzi więc wyłącznie o pytanie, czy ujawniono informacje wrażliwe. Równie istotne jest to, że stworzono przeciwnikowi gotowy język propagandowy, możliwy do wykorzystania w mediach państwowych, kanałach Telegrama, materiałach dyplomatycznych i przekazach kierowanych do państw Globalnego Południa.
W ten sposób zaciera się zasadnicza różnica między działaniami państwa broniącego własnej granicy a operacją presji prowadzoną przez białoruskie służby. To właśnie jest największe ryzyko komunikacyjne: działanie obronne może zostać przedstawione jako manipulacja, a państwo reagujące na wrogą operację hybrydową – jako jej lustrzane odbicie. Dla przeciwnika jest to sytuacja wyjątkowo korzystna, ponieważ nie musi tworzyć oskarżenia od podstaw. Wystarczy, że wytnie kilka zdań z wypowiedzi byłego szefa służby i nada im własną interpretację.
Szczególnie niebezpieczne jest to, że taka wypowiedź działa jak samopotwierdzający się clickbait. Im częściej media cytują słowa o youtuberach, hotelach i „psikusach”, tym bardziej znika pierwotny kontekst kryzysu granicznego. Odbiorca nie zapamiętuje już tego, że Białoruś sprowadzała migrantów i wykorzystywała ich jako narzędzie presji na Polskę oraz Unię Europejską. Zapamiętuje prostszy, bardziej atrakcyjny medialnie obraz: „wywiad zatrudniał youtuberów”. Taka formuła jest łatwa do powielania, trudna do odkręcenia i bardzo wygodna dla przeciwnika.
Z tej perspektywy problem dotyczy również wiarygodności byłych funkcjonariuszy jako komentatorów życia publicznego. Byli szefowie służb mogą wręcz pełnić ważną funkcję ekspercką, ale tylko wtedy, gdy pozostają na poziomie analizy strategicznej, instytucjonalnej i prawnej – i niektórzy z nich tę rolę z powodzeniem spełniają.
Jeżeli natomiast ktoś z nich zaczyna inscenizować medialne „kulisy operacji”, przestaje być źródłem profesjonalnego komentarza, a zaczyna produkować widowisko, stając się celebrytą od spraw bezpieczeństwa. To z kolei niszczy powagę instytucji, ponieważ tworzy wrażenie, że służby specjalne po latach mogą stać się materiałem do anegdot, autopromocji i efektownych występów medialnych, co w konsekwencji prowadzi do nazywania ich służbami specjalnej troski.
Osobny wymiar ma ryzyko prawne. Nie da się dziś przesądzić, czy doszło do naruszenia prawa, ponieważ zależy to od tego, czy ujawnione informacje miały charakter niejawny, jaką ewentualnie posiadały klauzulę, czy były szef AW był zwolniony z obowiązku zachowania tajemnicy oraz czy mówił o konkretnych faktach, czy jedynie o ogólnych mechanizmach działania państwa. Jednocześnie publiczne wskazanie, że używano twórców internetowych, „farm trolli” albo działań wobec hoteli, daje przeciwnikowi materiał do rekonstrukcji metod. Białoruskie i rosyjskie służby mogą analizować, które kanały, konta, komunikaty, influencerzy i sekwencje zdarzeń z 2021 roku mogły być elementem polskiego oddziaływania informacyjnego. Nawet jeśli w wypowiedzi nie padły nazwiska, sama kategoria narzędzi może zawęzić pole poszukiwań i ułatwić przeciwnikowi identyfikowanie podobnych działań w przyszłości.
Jeszcze poważniejsze ryzyko pojawia się wtedy, gdy w takich działaniach rzeczywiście wykorzystywano osoby zewnętrzne. Publiczne mówienie o ich kategorii zawodowej lub medialnej może zwiększyć ryzyko identyfikacji, presji, kompromitacji albo działań odwetowych. W świecie operacji informacyjnych nie zawsze trzeba ujawnić nazwisko, aby narazić kogoś na niebezpieczeństwo. Czasem wystarczy wskazać środowisko, typ aktywności i kontekst czasowy, aby przeciwnik mógł rozpocząć własną analizę.
Natomiast komunikacyjna szkoda polega więc nie tylko na tym, że były szef AW mógł powiedzieć za dużo. Polega przede wszystkim na tym, że powiedział to w sposób, który zamienia działania obronne państwa w medialną opowieść o manipulacji. A to jest prezent dla przeciwnika, ponieważ skuteczna propaganda nie potrzebuje pełnej prawdy. Wystarczy jej kilka zdań wypowiedzianych przez kogoś, kto z racji swojej wcześniejszej funkcji wygląda na wiarygodnego świadka.
I nawet jeśli będzie próbował później tłumaczyć, że nie ujawnił niczego istotnego, lecz jedynie zaprezentował swoisty performans, to trudno nie zauważyć, że jego wystąpienie miało raczej formę siedzącego stand-upu niżodpowiedzialnego komentarza byłego szefa służby. Być może należy więc traktować je nie jako analizę bezpieczeństwa państwa, lecz jako pierwszy numer w nowej karierze estradowej, w której tajemnice służb specjalnych stają się rekwizytem, a publiczność ma klaskać nie dlatego, że coś zrozumiała, ale dlatego, że usłyszała wystarczająco chwytliwą anegdotę.


