- WIADOMOŚCI
- WYWIADY
Państwo marnuje potencjał byłych funkcjonariuszy? Biernacki: oficerowie służb potrzebują „złotych spadochronów”
O tym, dlaczego zwalnianie fachowców u szczytu formy uderza w bezpieczeństwo państwa i z jakiego powodu polskie służby przypominają czasem „stado zagryzających się krokodyli”, rozmawiamy z posłem Markiem Biernackim. Przewodniczący sejmowej Komisji do Spraw Służb Specjalnych w wywiadzie dla InfoSecurity24.pl wskazuje między innymi, że budżety specsłużb powinny zostać powiązane z PKB na wzór wojska oraz ostro ocenia polityczny spór wokół wstrzymywanych przez prezydenta awansów w SKW i ABW.
Dominik Mikołajczyk: Funkcjonariusze ironizują często, parafrazując popularne powiedzenie, „Byle do bramy, a potem się nie znamy”. Tak opisują to, jak traktowani są po pożegnaniu się z mundurem. Dlaczego Państwo o nich zapomina?
Marek Biernacki, przewodniczący sejmowej Komisji do Spraw Służb Specjalnych: To jest znacznie szerszy problem. Nie polega on wyłącznie na tym, że państwo po prostu zapomina czy nie potrafi podziękować za pracę komuś, kto po wielu latach odchodzi na emeryturę. U nas odbywa się to po prostu w rytm cykli wyborczych. Każda zmiana polityczna niesie ze sobą radykalne cięcia, zwłaszcza w służbach specjalnych i wywiadzie wojskowym. To praktycznie stały element każdej nowej kadencji.
Gdy spojrzymy wstecz – abstrahując od konkretnej partii, bo problem ma wymiar ogólnoustrojowy – nawet w sytuacji, gdy jedno ugrupowanie rządziło przez osiem lat, dochodziło w tym czasie do dwukrotnych czystek w każdej ze służb. Pozbywano się całych ekip, a praktycznie żaden szef nie utrzymał się dłużej na stanowisku.
W Polsce po prostu nie dba się o funkcjonariuszy. Z jednej strony wysyła się ich na emeryturę, do której mają ustawowe prawo, z drugiej wprost wyrzuca się osoby w sile wieku fizycznego i intelektualnego. A w wielu przypadkach nawet się im nie dziękuje. Znam sytuację z jednej ze służb, gdzie podczas służbowej wigilii wręczano zwalnianym funkcjonariuszom koperty z wypowiedzeniami. To było coś koszmarnego.
W takim razie to problem bardziej polityczny?
Z jednej strony polityczny, z drugiej – systemowy. To bieżąca polityka leży u podstaw błędu całego systemu. Spójrzmy na historię powstania CEK, czyli Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO. Z jednej strony celem jego powołania, na prośbę Amerykanów, było zbudowanie siatki opartej na zaufanych partnerach na tzw. wschodniej flance, przygotowującej nas na zagrożenia hybrydowe ze strony Rosji. Z drugiej strony wiedzieliśmy, że zbliża się zmiana władzy i znając polskie realia, byłem pewien, co się wydarzy.
Dlaczego o tym mówię? Bo była szansa stworzyć profesjonalną strukturę, która miała pozwolić byłym funkcjonariuszom przetrwać uderzenie „miotły kadrowej”. Chcieliśmy, żeby nowa władza po tym, jak już przeprowadzi te czystki, nadal mogła z tych fachowców korzystać. Czerpać z ich wiedzy. Skończyło się jednak na tym, że zostali oni brutalnie zaatakowani i zwolnieni. Przypięto im łatkę tworzenia sobie „złotych spadochronów”. To jest doskonały dowód na to, jak ciężko w Polsce zadbać o oficerów.
Musimy wreszcie zrozumieć – choć to, co powiem, nie będzie może popularne – oficerowie służb, dla dobra państwa, potrzebują „złotych spadochronów”.
Skoro świadomość tego mechanizmu istnieje od lat, dlaczego nic się nie zmienia? Może rewolucja jest niemożliwa albo tak naprawdę nikt – ani służby, ani politycy – jej nie chcą?
Nie zaprzeczam, że przeprowadzenie tej rewolucji jest trudne. Gdybyśmy potrafili wyciągać wnioski, powinniśmy patrzeć, jak to działa u Brytyjczyków, Francuzów, czy Amerykanów.
Co ma Pan na myśli?
Z jednej strony można powołać wydzielone państwowe agencje na wzór zachodnich, prywatnych firm wojskowych. Z drugiej strony konieczne są struktury analityczne ściągające wiedzę z byłych oficerów liniowych. U nas wszystko rozbija się o polską politykę – brakuje konsensusu, a partyjna wojna odbija się rykoszetem również wewnątrz samych służb.
Jeśli wniosek jest taki, że służby są lustrzanym odbiciem polityki, to faktycznie mamy spory kłopot.
W jakiś sposób niestety są i podział na „swoich i obcych” wciąż funkcjonuje. Ale żeby nie „zwalać” wszystkiego na politykę, to czasami używam takiego porównania: polskie służby przypominają stado krokodyli. Zamiast się chronić, to w sytuacji politycznej zmiany, sami siebie zagryzają.
To też nie brzmi optymistycznie. Więc może porozmawiajmy o tym, jak wygląda to na świecie. Większość państw zachodu poradziła sobie z zagospodarowaniem byłych funkcjonariuszy, żołnierzy. Zdają sobie sprawę z tego, że ci ludzie stanowią bezcenny kapitał.
I będę cały czas powtarzał, że u nas ten kapitał – nawet w takim biznesowym ujęciu – jest całkowicie niewykorzystany. Odchodzą ludzie w pełni wieku, potężnie wyszkoleni, dysponujący niesamowitą wiedzą i siecią kontaktów. Wychodzą z murów instytucji bez żadnego zabezpieczenia, bez tego złotego spadochronu i de facto znikają z pola widzenia, uwalniając się spod wszelkiej kontroli. Odchodzą, a państwo po prostu o nich zapomina. Hasło „byle do bramy” powinno być przestrogą. Dlatego powinien powstać globalny rejestr i wyznaczone miejsca, w których tacy ludzie mogliby się sprawdzić.
Podam świetny przykład mądrości systemowej. W Kabulu miałem okazję prowadzić trudne rozmowy z Amerykanami. Zauważyłem, że obok wojskowych siedzieli bardzo doświadczeni cywile, do których amerykańscy oficerowie zwracali się z ogromnym szacunkiem i radzili się w każdej ważnej sprawie operacyjnej. Zdziwiony, zapytałem, kto to taki. Powiedziano mi: „to nasi starsi oficerowie. Formalnie są na emeryturze, ale pozostają w trybie »stand-by«. Mają wypłacany z tego tytułu jakiś procent wynagrodzenia, ale w każdej chwili, kiedy Ameryka ma problem, powołuje ich do pomocy”. A my co robimy z naszym kontrwywiadem czy wywiadem? Niczego nie sformalizowaliśmy. Oficer ląduje na bruku, bez wsparcia instytucjonalnego, psychologicznego czy rekonwersyjnego.
Państwo nie ma koncepcji na wykorzystanie choćby doświadczonych generałów czy wysokich oficerów służb specjalnych, którzy z powodzeniem mogliby obejmować stanowiska w radach nadzorczych spółek państwowych czy zarządach spółek chroniących infrastrukturę krytyczną. Na zachodzie prywatne korporacje walczą o takich weteranów, bo nazwisko byłego oficera to pieczęć gwarancji i solidności.
Nietrudno sobie jednak wyobrazić, że w polskich realiach były funkcjonariusz służb, który trafi do rady nadzorczej, zostanie zaraz oskarżony o to, że dostał „pracę po znajomości”, albo co gorsza, że jest nominatem „z politycznego klucza”.
To prawda. W Polsce natychmiast po powołaniu takiej osoby do państwowej spółki rusza machina oskarżeń o nepotyzm i układ polityczny. Z drugiej strony, służby też nie potrafią z nich skorzystać, przez co instytucje całkowicie tracą swoją „pamięć” operacyjną – cenne doświadczenia nabyte podczas misji w Iraku czy Afganistanie, zamiast trafiać do młodych, idą do niszczarki.
Jest jeszcze jeden aspekt. Emerytowani oficerowie służb specjalnych stanowią łakomy kąsek dla obcych wywiadów. Pana zdaniem masowa skala werbunku jest realnym zagrożeniem?
To w mojej opinii raczej pojedyncze przypadki. Istnieje naturalny strach operacyjny przed dekonspiracją i to powstrzymuje większość obcych służb działających w Polsce przed próbami nawiązania kontaktu z byłymi funkcjonariuszami. Jednak z drugiej strony, „podchodzenie” takiego emeryta wcale nie musi oznaczać świadomego werbunku. Może to być kolega czy znajomy, któremu sfrustrowany weteran przekaże bezcenną informację w zwykłej, wylewnej dyskusji.
Która będzie wynikiem rozgoryczenia tym, że trzeba było pożegnać się ze służbą?
Tak. Dodam jeszcze, że to rozgoryczenie, ma charakter ekumeniczny. Występuje u wszystkich, bez względu na opcję polityczną, która przyczyniła się do zwolnienia ze służby. Ludzie często czują, że instytucja postąpiła nieludzko, zdradziła ich i zniszczyła dorobek. Ta złość w nich rezonuje. I naprawdę, ktoś wreszcie musi z tym chaosem skończyć.
Diagnoza już jest, więc czas na receptę. Niedawno jedna z fundacji, prowadzonych przez ludzi związanych kiedyś ze służbami, zaproponowała powołanie Centralnego Ośrodka Rekonwersji Służb Specjalnych. Miałby odpowiadać za doradztwo, szkolenia, pośrednictwo pracy, wsparcie psychologiczne i współpracę z sektorem publicznym oraz prywatnym. To Pana zdaniem dobra droga czy bajpas, który nic realnie nie zmieni?
Nie mam żadnych wątpliwości, że musimy zacząć od stworzenia jakiegoś rejestru. Trzeba się – mówiąc kolokwialnie – policzyć, tak, żeby państwo wiedziało dokładnie jakimi zasobami dysponuje.
Odpowiadając na pytanie: to dobry projekt na start. Ośrodek powinien pomóc wypracować jakąś spójną doktrynę.
Trzeba pamiętać też, że mówimy tutaj nie tylko o nieco starszych wiekiem funkcjonariuszach, ale zwłaszcza o ludziach „dobijających” zaledwie do pięćdziesiątki. Najlepszym i najsmutniejszym dowodem na to, jak wadliwy jest system, są sytuacje ze schyłków wielu kadencji – chociażby to, co obserwowaliśmy tuż przed ostatnią zmianą rządu. Ludzie nagle masowo uciekali ze służby.
W pewnym sensie można to zrozumieć. Lepiej „odejść samemu” niż zostać zwolnionym.
Tylko, że z perspektywy państwa to rozwiązanie fatalne. Bardzo trudno jest utrzymać stabilność kadrową w takich warunkach.
Wracając do marnowanego potencjału. Biorąc pod uwagę to, że mówimy nie tylko o byłych funkcjonariuszy służb specjalnych, ale także np. służb mundurowych, może się okazać, że mamy do czynienia z armią ludzi.
To prawda. Dlatego to tak istotne. Nawet jeśli tylko część z nich zdecydowałaby się na to, by państwo w ten czy inny sposób dalej mogło korzystać z ich wiedzy i doświadczenia, zyski byłyby znaczące.
Takie osoby idealnie mogą odnaleźć się np. jako doradcy wyższego szczebla: od państwowych rad nadzorczych, przez zarządy wielkich firm, po stanowiska decyzyjne związane ze sprawami bezpieczeństwa. I to zarówno tych na „garnuszku” państwowym, jak i w prywatnych koncernach. Szanujące się spółki prywatne, jeśli w ich polityce stawia się na walkę z korupcją czy wyciekami przetargowymi, z „pocałowaniem ręki” zatrudnią rzetelnego, sprawdzonego eksperta z armii czy wywiadu, bo jest to gwarancja bezpieczeństwa.
Politycy powinni radykalnie zmienić myślenie nie tylko o byłych funkcjonariuszach, ale w ogóle o tym, jak funkcjonują służby w Polsce.
Pan też jest politykiem.
Dlatego staram się robić wszystko, żeby zmiana tego, o czym rozmawiamy, była możliwa. Co do tego, że jest konieczna, nie mam żadnych wątpliwości.
Obawiam się, że polaryzacja między „małym” a „dużym” pałacem jest dziś tak duża, że porozumienie ponad podziałami może być niemożliwe.
Niestety ma pan rację i właśnie dlatego gubimy priorytety bezpieczeństwa państwa. Wiele razy pytałem decydentów wprost o los konkretnego doświadczonego oficera ze wspaniałym wywiadowczym dorobkiem. Prosiłem, by chociaż „dali” tym ludziom jakąkolwiek pożyteczną posadę państwową. A po jakimś czasie słyszę, że zaproponowali im stanowiska wręcz uwłaczające. To jakieś kompletne szaleństwo. Kiedy próbowałem tłumaczyć, by tak nie postępować z ekspertami, to w odpowiedzi usłyszałem: „Nie, absolutnie, on przecież nie jest już nasz”. Takie sytuacje obnażają, z jak trudną i bezsensowną materią próbujemy walczyć.
Wierzy Pan w to, że ten schemat uda nam się zdemontować i uzdrowić sytuację systemowo?
Uważam, że trzeba o tym mówić bez przerwy. Ważne, żeby te rozwiązania znalazły się w debacie. Musimy przygotować się do wprowadzenia zmian. Teraz, na rok przed wyborami, jest na to dobry moment.
Zmieńmy nieco temat. Były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Krzysztof Bondaryk niedawno, w trakcie jednego z wywiadów, został m.in. zapytany o postępy w odbudowie służb. Jego ocena tego procesu okazała się dość krytyczna: „Od podłoty do miernoty”. Zgadza się Pan z tą diagnozą?
Absolutnie się nie zgadzam. Uważam, że służby muszą być odbudowywane ze spokojem i namysłem. Oczywiście, w wojskowym pionie istnieje znacznie lepszy fundament dla tego procesu. Z cywilnymi formacjami próbujemy nadrabiać dystans. Prawda jest taka, że bez zabezpieczenia materialnego nie będzie przełomu. W ABW czy w AW wciąż brakuje twardych środków choćby na inwestycję w kapitał ludzki, czy nowoczesną technologię.
Właśnie dlatego sejmowa komisja do spraw służb specjalnych negatywnie zaopiniowała projekt budżetu na ten rok dla tych formacji, a rząd poparł ostatecznie nasze propozycje. Zrozumiano, że jeśli planuje się wydatki z rezerwy budżetowej, to staje się to iluzoryczne.
Gen. Bondaryk mówił też, że przekazane dotychczas przez rząd środki finansowe to jedynie „zwiększenie pewnej kroplówki”, a pieniędzy zawsze w specsłużbach było za mało. Według niego, budżety służb powinny zostać zintegrowane z budżetem obrony narodowej, co umożliwiłoby niezbędne, skokowe inwestycje w bezpieczeństwo państwa. To realne w dzisiejszej rzeczywistości budżetowej i politycznej? Myśli Pan, że znajdzie się poparcie większości dla takiego pomysłu i wola ze strony ministra finansów?
Nie ukrywam, że koncepcja systemowego wpisania budżetów służb na stałe w system bezpieczeństwa państwa cały czas nam towarzyszy. MSWiA, ABW czy wywiad zagraniczny powinny – wzorem armii – otrzymać swój stały ustawowy i procentowy wskaźnik. Jego brak rodzi patologię ciągłego cięcia kosztów. Bez zmiany sposobu i filozofii finansowania zablokujemy się i nigdy tego środowiska nie uleczymy.
Może trzeba powiedzieć „sprawdzam” i przygotować projekt zmian. Zakulisowe rozmowy czy publiczne nawoływania nie przynoszą na razie większych efektów.
Mamy pewne rzeczy wstępnie policzone i skalkulowane. Mechanizm jest prosty: gdy budżet państwa jest lepszy, służby otrzymają więcej środków; gdy będzie gorszy, wszyscy będziemy zmuszeni szukać oszczędności. Musimy jeszcze tylko przekonać część decydentów, że ten model jest jedynym, który gwarantuje realną stabilizację służb – zarówno specjalnych, jak i mundurowych.
W MON powiązanie budżetu ze wskaźnikiem PBK sprawdziło się, więc dlaczego miałoby nie zafunkcjonować też w innych – ważnych z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa – obszarach.
Trzeba też pamiętać, że kluczowe jest stałe zwiększanie wskaźników finansowych. Bez atrakcyjnej płacy, nie zachęcimy do służby specjalistów, których potrzebujemy. Przypominam, że to właśnie dzięki podwyżkom i odbudowaniu podupadającego od wielu lat autorytetu policjanta, generałowi Markowi Boroniowi (komendant główny Policji – przyp. red.) udało się wyhamować olbrzymią zapaść kadrową w Policji.
Na koniec muszę zapytać jeszcze o awanse oficerskie w SKW i ABW. Po wielu miesiącach prezydent zdecydował się zakończyć tę sprawę i złożył podpis pod wszystkimi wnioskami. Dlaczego funkcjonariusze służb specjalnych znaleźli się w centrum politycznego sporu? Można było tego uniknąć?
Bezwzględnie należało tego uniknąć. Nie można wciągać w polityczne spory młodych ludzi. Wielu z tych awansowanych funkcjonariuszy przecież de facto zaczynało swoje szkolenia jeszcze w czasach rządów poprzedniej władzy, więc wrzucanie ich na front rozgrywek partyjnych było ogromnym błędem. Moim zdaniem to pokłosie dużego zacietrzewienia politycznego w otoczeniu pana prezydenta. Niestety, uderza to w autorytet samej głowy państwa. Traktowanie awansów w służbach w kategoriach karty przetargowej obniża powagę urzędu. Dodatkowo rodzi to olbrzymią frustrację wśród tej młodej kadry.
Oni nawet nie uczestniczyli w tym konflikcie, nie mogli nic zrobić. Zostali zablokowani. To po prostu nie powinno mieć miejsca. Uważam, że po stronie pana prezydenta oraz Biura Bezpieczeństwa Narodowego zabrakło jakiejś formy refleksji, a teraz powinni się zastanowić nad odpowiednią rekompensatą dla tych funkcjonariuszy za ten stracony czas.
Próbuję znaleźć jakąś adekwatną pointę do naszej rozmowy i z tego, co Pan mówi, wyłania się wniosek, że w zasadzie - jeśli chodzi o służby specjalne - to przez lata udało się jednak osiągnąć ponadpolityczne porozumienie - ponad podziałami żadna władza nie była w stanie rozwiązać narastających problemów. Wierzy Pan, że będziemy to w stanie zmienić i zacząć patrzeć na służby specjalne inaczej?
Kiedy wiele lat temu zostałem ministrem spraw wewnętrznych i przejmowałem odpowiedzialność m.in. za Policję, zastałem ogromny problem. Całe środowisko było skonfliktowane. Po długich rozmowach i analizach stworzyliśmy Centralne Biuro Śledcze (CBŚ). Wspólnie służyli w nim dawni funkcjonariusze milicji, starzy policjanci i młodzi adepci. Szli w bój jako jeden zespół – nikt nie patrzył im w kartoteki służbowe. Po prostu szli do akcji i „strzelali do bandziorów”, broniąc obywateli. Zrozumieliśmy wtedy, że możemy lustrować każdego i szukać wrogów we własnych szeregach, ale w ten sposób osłabiamy sami siebie. Jeśli ufamy funkcjonariuszowi w akcji, to to jest najważniejsze. Wyrzucanie i skreślanie fachowców dla zasady to błąd. Trzeba to jednoznacznie przełamać, zacząć zmieniać ten chory system. W przeciwnym razie czeka nas olbrzymia kara.
Dziękuję za rozmowę.




