- WIADOMOŚCI
Rosja przetestuje NATO? „Małe zielone ludziki 2.0”
Rosyjski atak na NATO nie musi zaczynać się od dywizji pancernych przekraczających granicę. Politycznie znacznie groźniejszy może być incydent celowo utrzymany poniżej progu klasycznej wojny: sabotaż, cyberatak, prowokacja pod fałszywą flagą, działania lokalnych proxy albo zajęcie przez niewielką grupę uzbrojonych ludzi fragmentu terytorium państwa Sojuszu. Celem nie musiałoby być zdobycie Narwy. Wystarczyłoby sprawdzić, czy NATO szybko uzna, że doszło do rosyjskiej agresji, i odpowie, zanim Moskwa stworzy fakt dokonany.
Taki scenariusz opisuje Memphis Barker w artykule „Małe zielone ludziki Putina mogą zaatakować NATO od środka” opublikowanym przez The Telegraph. Punktem odniesienia pozostaje Krym z 2014 roku. Rosja wykorzystała wówczas żołnierzy bez oznaczeń, lokalne struktury prorosyjskie, dezinformację i szybkość działania. Istotą operacji nie były jednak zielone mundury, lecz czas, niejasność odpowiedzialności i zdolność tworzenia faktów dokonanych.
Powtórzenie tego samego scenariusza w Estonii byłoby dziś znacznie trudniejsze. Państwa bałtyckie przygotowują się na taki wariant od lat, a na ich terytorium stacjonują siły NATO. Dlatego Justin Bronk z Royal United Services Institute (RUSI), cytowany przez The Telegraph, nie zakłada zajęcia całej Narwy. Według niego Moskwa mogłaby spróbować przejąć niewielki fragment terytorium przy granicy – most, pas startowy albo podstację elektroenergetyczną – wyłącznie po to, aby sprawdzić gotowość NATO do zastosowania mechanizmu zbiorowej obrony. Mała grupa działająca po estońskiej stronie mogłaby być osłaniana z terytorium Rosji przez artylerię, obronę przeciwlotniczą i środki walki elektronicznej.
Bronk podkreśla, że brak zdecydowanej odpowiedzi po takim wtargnięciu oznaczałby potencjalnie fatalny cios w wiarygodność Sojuszu. Właśnie dlatego ograniczona prowokacja mogłaby być dla Kremla bardziej użyteczna niż klasyczna inwazja: jej celem nie byłoby zajęcie państwa, ale sprawdzenie, czy NATO potrafi politycznie i militarnie zareagować na agresję celowo skonstruowaną jako niejednoznaczna.
W istocie taki test nie dotyczyłby jednak samej Narwy. Dotyczyłby wiarygodności całego systemu bezpieczeństwa NATO. Pytanie postawione przez Moskwę byłoby brutalnie proste: kto będzie gotów walczyć i umierać za Narwę? Czy amerykańscy, niemieccy, brytyjscy, francuscy albo polscy żołnierze rzeczywiście wejdą do walki, jeżeli Rosja nie rozpocznie klasycznej inwazji, lecz zajmie niewielki obiekt przy granicy, posługując się lokalnymi proxy, „małymi zielonymi ludzikami” i operacją pod fałszywą flagą? Jak na to zareagowałaby opinia publiczna w tych krajach?
Na tym polegałaby strategiczna wartość takiej prowokacji. Rosja nie musiałaby sprawdzać, czy NATO dysponuje przewagą militarną – to nie ulega wątpliwości. Sprawdzałaby wolę polityczną użycia tej przewagi w obronie niewielkiego fragmentu terytorium jednego z najmniejszych państw Sojuszu. Jeżeli odpowiedź okazałaby się spóźniona, podzielona lub ograniczona do protestów politycznych, stawką przestałaby być Narwa. Stawką stałaby się wiarygodność art. 5 wobec każdego państwa NATO.
Narwa: gotowa narracja, nie dowód planu inwazji
Narwa nie pojawia się w tej debacie przypadkowo. Euronews opisał kampanię przedstawiającą miasto jako przyszłą „republikę ludową”. Powstały flaga, herb i mapy jej granic, pojawiły się wezwania do sabotażu oraz narracja o rzekomej dyskryminacji rosyjskojęzycznych mieszkańców. Publikowano nawet propagandowe scenariusze „szturmu Narwy” i zajmowania Sillamäe oraz Kohtla-Järve.
Nie ma dowodów, że jest to zatwierdzony przez Kreml plan wojskowy. Znaczenie kampanii polega jednak na czymś innym: tworzy gotową opowieść o „prześladowanej mniejszości”, lokalnej „samoobronie” i konflikcie przedstawianym jako wewnętrzny, a nie wynik rosyjskiej ingerencji.
Niemiecki ekspert ds. bezpieczeństwa Nico Lange, komentując tę kampanię ocenił, że narracja o „Ludowej Republice Narwy” może przygotowywać grunt pod późniejsze twierdzenia o rzekomym ucisku rosyjskojęzycznej ludności i potrzebie jej „ochrony” przez Moskwę. Jego wypowiedź przytoczył Euronews.
Znacznie ostrożniejszy jest Carlo Masala, profesor Uniwersytetu Bundeswehry w Monachium. W rozmowie z Euronews uznał kampanię przede wszystkim za element wojny psychologicznej. Nie dostrzegał oznak bezpośrednio przygotowywanego rosyjskiego ataku na Narwę, wskazując, że jednym z celów podobnych działań może być wywoływanie w państwach NATO strachu, nerwowości i przesadnych reakcji.
Sam The Telegraph rozważa jednak również wariant prowokacji pod fałszywą flagą: Rosja mogłaby przypisać estońskim służbom zabicie lub zranienie mieszkańców rosyjskiego pochodzenia, a późniejsze pojawienie się uzbrojonych ludzi przedstawić jako spontaniczną „samoobronę”. Jest to scenariusz analityczny, a nie informacja o istniejącym rosyjskim rozkazie operacyjnym.
Testowanie NATO nie jest tylko publicystyczną hipotezą
Możliwość podobnej prowokacji nie jest wyłącznie konstrukcją The Telegraph. Były szef niemieckiego BND Bruno Kahl mówił w czerwcu 2025 roku, że informacje niemieckiego wywiadu wskazują na zainteresowanie rosyjskich decydentów przetestowaniem praktycznej wiarygodności artykułu 5 NATO. Jako przykład podawał możliwość wykorzystania w Estonii „małych zielonych ludzików” pod pretekstem ochrony rzekomo prześladowanej rosyjskojęzycznej mniejszości.
Rok później podobny scenariusz potwierdził z polskiej perspektywy szef Agencji Wywiadu płk Paweł Szota. W rozmowie z „Rzeczpospolitą” mówił, że „testowanie NATO na pewno będzie kontynuowane”, ponieważ Rosjanie obserwują reakcje Sojuszu i stopniowo przesuwają kolejne czerwone linie. Zapytany wprost o możliwość pojawienia się „zielonych ludzików” na Litwie lub Łotwie potwierdził, że AW bierze taki scenariusz pod uwagę.
Zobacz też 
Obaj opisują więc ten sam mechanizm z nieco innej perspektywy. Kahl wskazuje na możliwość sprawdzenia samej wiarygodności art. 5, Szota – na systematyczne testowanie reakcji NATO. Ostatecznie chodzi właśnie o odpowiedź na pytanie, czy gwarancje sojusznicze pozostaną wiarygodne również wtedy, gdy ich realizacja będzie oznaczała realne ryzyko strat po stronie państw, których terytorium nie zostało bezpośrednio zaatakowane.
„Atak od środka" już częściowo trwa
Scenariusz ten przestaje być abstrakcją, gdy spojrzeć na sposób prowadzenia przez Rosję operacji w Europie. International Centre for Counter-Terrorism i GLOBSEC – w analizie Juliana Lanchèsa i Kacpra Rękawka – zidentyfikowały 151 znanych przypadków od lutego 2022 do lutego 2026 roku związanych z rosyjskimi działaniami kinetycznymi, sabotażem i dywersją w Europie.
Rosyjskie służby coraz częściej wykorzystują jednorazowych wykonawców, werbowanych do podpalenia, rozpoznania celu, fotografowania transportów czy uszkodzenia infrastruktury. Część mieszka w państwach NATO, inni przyjeżdżają wyłącznie na czas wykonania zadania. Jest to rozproszony system proxy, który utrudnia atrybucję i pozwala Moskwie zwiększać dystans między rosyjską służbą a bezpośrednim sprawcą.
W tym sensie „atak od środka” może oznaczać uruchomienie przez Rosję wykonawców znajdujących się już wewnątrz państwa NATO, a nie dopiero przerzucenie przez granicę grupy zawodowych funkcjonariuszy.
Operacja złożona: FSB i GRU
Gdyby Rosja rzeczywiście zdecydowała się na ograniczoną operację mającą sprawdzić reakcję NATO, najbardziej logiczny byłby model łączący możliwości FSB i GRU, wspierany w fazie kinetycznej przez rosyjskie Siły Operacji Specjalnych. Ten podział odpowiada kompetencjom rosyjskich struktur oraz doświadczeniom Krymu.
FSB byłaby szczególnie użyteczna w przygotowaniu środowiska operacyjnego: prowadzeniu agentury, rozpoznaniu lokalnych struktur bezpieczeństwa, obserwacji nastrojów w społeczności rosyjskojęzycznej i identyfikowaniu potencjalnych wykonawców. Estońska KAPO ujawniała zainteresowanie FSB sytuacją w Narwie, miejscową Kaitseliit oraz obecnością żołnierzy. Polskie śledztwa pokazały natomiast zdolność FSB do zdalnego organizowania zagranicznych sieci wykonujących zadania szpiegowskie, propagandowe i sabotażowo-dywersyjne.
GRU byłoby naturalnym ośrodkiem komponentu wojskowo-operacyjnego: rozpoznania militarnego, sabotażu, cyberataków, zakłóceń elektronicznych, operacji psychologicznych oraz koordynacji z rosyjskimi siłami zbrojnymi. Jeżeli operacja przeszłaby do fazy fizycznego zajęcia mostu, pasa startowego czy podstacji, wykonawcami mogliby być żołnierze Sił Operacji Specjalnych lub jednostek Specnazu związanych z GRU, osłaniani zza granicy artylerią, obroną przeciwlotniczą i walką radioelektroniczną.
W takim wariancie FSB odpowiadałaby za przygotowanie środowiska operacyjnego, rozwijanie agentury i pozyskiwanie lokalnych wykonawców, GRU za komponent wojskowo-wywiadowczy, a siły specjalne za najbardziej ryzykowną fazę kinetyczną. Taki układ pozwalałby stopniować eskalację – od działań agenturalnych i sabotażowych po otwarte użycie siły.
Fałszywa flaga może być skuteczniejsza niż zielony mundur
Jeszcze poważniejszym problemem pozostaje atrybucja. Reuters informował, że litewskie władze, powołując się na informacje wywiadowcze, biorą pod uwagę możliwość wykorzystania przez Rosję zdobytych ukraińskich dronów do operacji pod fałszywą flagą przeciwko państwom bałtyckim. Celem mogłoby być stworzenie wrażenia, że za atakiem stoi Ukraina, wywołanie sporów wewnątrz NATO i osłabienie poparcia dla Kijowa. Litewskie władze jednocześnie zaznaczały, że nie posiadają informacji o nieuchronności takiego ataku.
Ten sam wariant pojawia się w The Telegraph. Cytowany przez gazetę były wysoki rangą brytyjski oficer wskazuje, że zamiast rosyjskiego Shaheda Moskwa mogłaby wykorzystać przechwycony ukraiński bezzałogowiec, a następnie zaprzeczyć odpowiedzialności. Problemem NATO byłoby więc nie tylko pytanie, jak odpowiedzieć, ale wcześniej: kto właściwie zaatakował?
Ratcliffe i ISW: ostrzeżenie, nie dowód decyzji o ataku
Debata nabrała nowego znaczenia po podróży dyrektora CIA Johna Ratcliffe’a do Moskwy. Wall Street Journal, powołując się na osoby zaznajomione ze sprawą, podał, że jednym z tematów rozmów było ostrzeżenie Rosji przed atakiem na państwa NATO, a amerykańskie oceny wywiadowcze rozpatrują możliwość działania mieszczącego się między cyberatakiem a niewielkim wtargnięciem na terytorium państwa bałtyckiego. Nie jest to jednak oficjalnie ujawniony przez CIA cel wizyty.
Zobacz też 
Institute for the Study of War ocenił, że Rosja może rozważać uderzenie dronowe, rakietowe, lotnicze albo ograniczone wtargnięcie mające utrudnić państwom NATO uzgodnienie wspólnej odpowiedzi. ISW równocześnie zaznacza, że nie obserwuje koncentracji sił wskazującej na przygotowania do pełnoskalowej inwazji i nie wiadomo, czy Putin zatwierdził jakąkolwiek podobną operację. Z tej racji ocena dotycząca możliwości ograniczonej prowokacji nie może być więc przedstawiana jako dowód, że Kreml podjął już decyzję o jej przeprowadzeniu.
Nie zamieniajmy scenariusza w przepowiednię
Były prezydent Estonii Toomas Hendrik Ilves ma wątpliwości, czy zasadniczym celem wizyty Ratcliffe’a było ostrzeżenie Rosji przed działaniami w państwach bałtyckich. Zwraca również uwagę, że nie zmieniła się amerykańska ocena zagrożenia dla regionu. Estoński minister spraw zagranicznych Margus Tsahkna podkreślił niezależnie, że także estońska ocena pozostaje bez zmian.
Minna Ålander ze Sztokholmskiego Centrum Studiów Wschodnioeuropejskich (SCEEUS) zauważyła, że amerykański scenariusz działań „od cyberataku do niewielkiego wtargnięcia” przypomina model „małych zielonych ludzików”, ale ponowne skuteczne przeprowadzenie takiej operacji uważa za skrajnie mało prawdopodobne. Zwróciła też uwagę, że amerykańska prognoza sięga 2029 roku, więc nie można jej traktować jako zapowiedzi bezpośrednio nadchodzącego ataku.
Słabością rosyjskiego testu jest również założenie, że NATO zostałoby automatycznie sparaliżowane. Rachel Ellehuus, była przedstawicielka sekretarza obrony USA w Europie, odpowiadając przed brytyjskim parlamentem na pytanie o hipotetyczne „małe zielone ludziki” w Tapa w Estonii, podkreśliła, że pierwszą reakcją byłyby działania sił znajdujących się już na miejscu. Lokalna odpowiedź militarna mogłaby więc nastąpić, zanim wszystkie państwa NATO uzgodnią dalsze kroki. Z tym, że nasuwa się pytanie, czy rzeczywiście ta ograniczona odpowiedź militarna zostałaby podjęta.
Najgroźniejszy jest nie atak, lecz niejasność
Najważniejsza teza The Telegraph nie brzmi więc: Rosja zamierza zająć Narwę. Nie ma publicznych dowodów pozwalających tak twierdzić. Znacznie poważniejszym zagrożeniem jest łańcuch stopniowanej eskalacji: kampania informacyjna, cyberatak, sabotaż infrastruktury przeprowadzony przez lokalnego wykonawcę, incydent dronowy lub prowokacja pod fałszywą flagą, a dopiero później niewielka operacja kinetyczna.
„Małe zielone ludziki 2.0” nie byłyby więc początkiem wojny, ale jednym z kolejnych elementów systemu działań poniżej progu otwartego konfliktu, który Rosja już wykorzystuje przeciw Europie.
Rosja nie musi zdobyć państwa NATO, aby osiągnąć strategiczny sukces. Wystarczyłoby stworzyć sytuację, w której część sojuszników uzna wydarzenie za rosyjską agresję, inni za sabotaż, a jeszcze inni będą żądali dalszych dowodów. Jeżeli niejasność trwałaby dostatecznie długo, niewielka operacja mogłaby wywołać efekt strategiczny nieproporcjonalny do użytych sił.
Krym pozostaje więc wzorem nie dlatego, że Rosja musi ponownie wysłać ludzi w zielonych mundurach bez dystynkcji. Najważniejsza lekcja Krymu jest prostsza: jeżeli przeciwnik wystarczająco długo zastanawia się, czy został już zaatakowany, agresor zyskuje czas. A prawdziwy test brzmiałby jeszcze brutalniej: czy państwa NATO będą gotowe ponieść realne straty w obronie Narwy? Jeżeli odpowiedź na to pytanie kiedykolwiek okaże się niejednoznaczna, problemem przestanie być Narwa. Problemem stanie się wiarygodność całego Sojuszu.





Wybrane okazje dla Ciebie