- WIADOMOŚCI
„Nigdzie nie będziesz bezpieczny”. Rosja porywa i zabija przeciwników za granicą
Przeciwnik Kremla ma wiedzieć, że wyjazd z Rosji nie oznacza bezpieczeństwa. Dezerter – że granica nie kończy pościgu. Zabójstwa rosyjskich dysydentów to nie tylko akt zemsty ze strony Moskwy. Rosyjskie służby zabijając, chcą osiągnąć też inne cele. Im drastyczniejsza śmierć tym lepiej.
Rosyjskie porwania, zabójstwa i próby fizycznej eliminacji przeciwników poza granicami Federacji Rosyjskiej tworzą coś więcej niż katalog operacji specjalnych. Są narzędziem represji transnarodowej i demonstracją zasięgu państwa. Przeciwnik Kremla ma wiedzieć, że wyjazd z Rosji nie oznacza bezpieczeństwa. Dezerter – że granica nie kończy pościgu. Człowiek współpracujący z zachodnim wywiadem – że może zostać odnaleziony w państwie trzecim. Własny funkcjonariusz – że Moskwa potrafi przez lata zabiegać o odzyskanie wykonawcy. Zachód natomiast otrzymuje komunikat równie prowokacyjny: wasze granice są dla rosyjskich służb przeszkodą operacyjną, ale nie zawsze barierą.
Nie jest to nowa praktyka. Zabójstwo Aleksandra Litwinienki w Londynie, próba otrucia Siergieja Skripala w Salisbury czy egzekucja Zelimchana Changoszwilego w Berlinie stworzyły precedensy, w których odpowiedzialność rosyjskiego państwa lub jego służb została ustalona przez sądy i oficjalne dochodzenia. W sprawie Litwinienki Europejski Trybunał Praw Człowieka przypisał zabójstwo Rosji, brytyjskie dochodzenie dotyczące Salisbury wskazało GRU, a niemiecki sąd uznał śmierć Changoszwilego za zabójstwo zlecone przez rosyjskie organy państwowe. Ważny jest przy tym wniosek brytyjskiego śledztwa: operacja przeciw Skripalowi miała być nie tylko zemstą, ale również demonstracją rosyjskiej siły. Celem takich działań nie jest więc wyłącznie ofiara. Celem jest także widownia.
Dezerter ma wiedzieć, że można go znaleźć
Najbardziej wymownym współczesnym przykładem jest Maksim Kuzminow, rosyjski pilot wojskowy, który w sierpniu 2023 roku przeleciał śmigłowcem Mi-8 na Ukrainę i zdezerterował. Była to spektakularna operacja ukraińskiego wywiadu wojskowego i równie spektakularne upokorzenie Rosji. Kilka miesięcy później Kuzminow mieszkał już w Hiszpanii pod inną tożsamością. 13 lutego 2024 roku jego ciało odnaleziono w podziemnym garażu w Villajoyosa koło Alicante. Został wielokrotnie postrzelony, a następnie przejechany samochodem. Auto wykorzystane przez napastników odnaleziono później spalone.
Jeszcze przed śmiercią Kuzminowa rosyjska telewizja pokazała zamaskowanych ludzi przedstawionych jako funkcjonariusze wywiadu wojskowego, którzy grozili dezerterowi i zapowiadali, że nie dożyje procesu. Po zabójstwie szef rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego Siergiej Naryszkin określił Kuzminowa mianem „zdrajcy” i „moralnego trupa”. W maju 2026 roku Associated Press podała, że rosyjskie służby pozostają głównymi podejrzanymi o zabójstwo pilota.
Hiszpańskie śledztwo nie zdołało ustalić wykonawców ani zleceniodawców i w grudniu 2025 roku zostało tymczasowo zamknięte z możliwością ponownego otwarcia po pojawieniu się nowych dowodów. Nie zmienia to jednak znaczenia sprawy. Kuzminow był jednym z najbardziej znanych rosyjskich dezerterów wojennych, uciekł na Zachód pod zmienioną tożsamością, a kilka miesięcy później został zastrzelony na hiszpańskim wybrzeżu. Z punktu widzenia odstraszania potencjalnych następców nie jest nawet konieczne oficjalne przyznanie się Moskwy. Wystarczy, że każdy rosyjski pilot, żołnierz czy funkcjonariusz rozważający dezercję zna los Kuzminowa.
Podobną funkcję spełnił brutalny atak na Leonida Wołkowa, jednego z najbliższych współpracowników Aleksieja Nawalnego. W marcu 2024 roku napastnik zaatakował go przed domem w Wilnie, rozbił szybę samochodu i wielokrotnie uderzył młotkiem. Litewski kontrwywiad ocenił wprost, że za atakiem stały rosyjskie służby specjalne. Dwóch podejrzanych wykonawców zatrzymano później w Polsce. Byli wcześniej znani policji i po wykonaniu ataku wrócili z Litwy do Warszawy. Kuzminow i Wołkow pokazują współczesny sens rosyjskiej represji transnarodowej: nie trzeba kontrolować terytorium, na którym przebywa przeciwnik. Wystarczy posiadać możliwość dotarcia do niego.
Pirogow: człowieka polskiego wywiadu bardziej opłaca się porwać
Jeżeli celem jest dezerter, jego śmierć może służyć odstraszaniu. Jeżeli jednak człowiek posiada informacje o działalności zachodniej służby, znacznie cenniejszy jest żywy. Tak należy patrzeć na sprawę Gieorgija Pirogowa.
Po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny Pirogow opuścił Rosję i zamieszkał w Gruzji. W lipcu 2024 roku udał się służbowo do Uzbekistanu. 6 lipca zniknął, a jego samochód odnaleziono kilkadziesiąt kilometrów dalej. Kilka dni później był już w moskiewskim areszcie Matrosskaja Tiszyna. Nie przeprowadzono jawnej procedury ekstradycyjnej ani nie przedstawiono przekonującego wyjaśnienia, w jaki sposób człowiek przebywający w Uzbekistanie znalazł się w rękach rosyjskiego aparatu bezpieczeństwa.
Dopiero w sierpniu 2026 roku FSB szerzej ujawniła, dlaczego Pirogow był dla niej tak wartościowy. Według rosyjskiej służby po wyjeździe z kraju nawiązał kontakt z przedstawicielem polskiej Służby Wywiadu Wojskowego i rozpoczął z nim współpracę. Miał pozyskiwać informacje dotyczące zaawansowanych rosyjskich systemów uzbrojenia i kompleksów rakietowych oraz dane osób posiadających dostęp do tajemnicy państwowej, które mogły zostać wykorzystane do dalszego werbunku. Rosyjski sąd skazał go na 23 lata kolonii.
W tym kontekście logika jego przejęcia jest przejrzysta. Dla rosyjskiego kontrwywiadu Pirogow był znacznie cenniejszy żywy niż martwy. Jego zatrzymanie pozwalało próbować ustalić, co przekazał SWW, kto prowadził go po polskiej stronie, jak wyglądała łączność, kto w rosyjskim sektorze obronnym dostarczał informacji i czy istniały kolejne źródła. Najważniejsze pytanie nie brzmi więc, czy znamy nazwisko człowieka, który fizycznie przewiózł go przez granicę. Brzmi: kto potrzebował Pirogowa w Moskwie i kto bezpośrednio skorzystał na jego przejęciu? Odpowiedź prowadzi do rosyjskiego aparatu bezpieczeństwa.
Dla potencjalnych źródeł SWW komunikat jest równie czytelny jak śmierć Kuzminowa dla dezerterów: wyjazd z Rosji nie musi kończyć zainteresowania rosyjskiego kontrwywiadu.
Pirogow nie jest wyjątkiem. Dmitrij Setrakow uciekł do Armenii, ale w grudniu 2023 roku został zatrzymany na lotnisku i przekazany funkcjonariuszom FSB, a następnie przewieziony do rosyjskiej bazy wojskowej i do Rosji. W Kazachstanie rosyjscy funkcjonariusze przejęli Kamila Kasimowa, przewieźli go do rosyjskiego obiektu wojskowego, a następnie do kraju. Specjalna sprawozdawczyni ONZ ds. Rosji Mariana Katzarova określiła podobne praktyki jako działania praktycznie równoznaczne z porywaniem dezerterów za granicą.
Jeszcze bardziej symboliczna pozostaje sprawa Lwa Skoriakina. Kirgistan odmówił jego ekstradycji, ponieważ aktywista ubiegał się o azyl. Skoriakin zniknął jednak w Biszkeku, a następnie znalazł się w moskiewskiej Butyrce. W jego przypadku legalna procedura powiedziała Rosji: nie dostaniecie tego człowieka. Rosyjska praktyka odpowiedziała: dostaliśmy.
Po 2022 roku: lista celów jest dłuższa, a zabójca nie musi być Rosjaninem
Najważniejsza zmiana ostatnich lat polega jednak na czymś innym. Rosja nie ogranicza się już do ścigania własnych dezerterów, byłych funkcjonariuszy i opozycjonistów. Katalog potencjalnych celów rozszerzył się na ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z rosyjskim obywatelstwem, ale których działalność Moskwa uważa za szkodliwą. Associated Press w maju 2026 roku, powołując się na przedstawicieli trzech zachodnich służb, oceniła, że po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny kampania planowanych zabójstw w Europie wyraźnie się nasiliła.
Najbardziej spektakularny jest przypadek Armina Pappergera, prezesa niemieckiego Rheinmetallu. W 2024 roku amerykański wywiad wykrył rosyjski plan jego zabójstwa i ostrzegł niemieckie służby. Nie chodziło przy tym o pojedynczą osobę. Według zachodnich informacji plan był częścią szerszej kampanii wymierzonej w kierownictwo europejskich przedsiębiorstw zbrojeniowych wspierających Ukrainę. W styczniu 2025 roku przedstawiciel NATO James Appathurai potwierdził w Parlamencie Europejskim, że zagrożenie wobec Pappergera należało do szerszej rosyjskiej kampanii sabotażowej i że istniały również inne plany wymierzone w przedstawicieli przemysłu.
To jakościowa zmiana. Potencjalnym celem nie musi być już „rosyjski zdrajca”. Może nim zostać niemiecki menedżer, ponieważ jego fabryki produkują broń i amunicję dla Ukrainy.
Równolegle zmieniło się zaplecze wykonawcze. Model z Salisbury – oficer GRU, fałszywa tożsamość, podróż do kraju celu i bezpośrednie wykonanie zadania – jest kosztowny i naraża zawodowych funkcjonariuszy. Coraz częściej można zastąpić go pośrednikami, cudzoziemcami, przestępcami i doraźnie werbowanymi wykonawcami.
Najlepiej pokazuje to rosyjska siatka rozbita w Wielkiej Brytanii. Kierował nią Orlin Roussev, otrzymujący zadania od byłego menedżera Wirecard Jana Marsalka, działającego jako pośrednik rosyjskich służb. Grupa prowadziła operacje w różnych państwach Europy. Jednym z najważniejszych celów był dziennikarz Christo Grozew. Członkowie siatki śledzili go w Austrii, Czarnogórze i Hiszpanii, zbierali informacje o jego mieszkaniu, samochodzie, kontaktach i przemieszczaniu się oraz rozważali operacje pozwalające go podejść.
Nie był to jedynie klasyczny nadzór. Wobec redaktora Romana Dobrochotowa omawiano możliwość porwania, którą ostatecznie uznano za zbyt ryzykowną. Jeszcze dalej posunięto przygotowania przeciwko byłemu rosyjskiemu śledczemu Kiriłłowi Kaczurowi. Wynajęto willę w pobliżu miejsca jego pobytu w Czarnogórze, używano dronów do rozpoznania i dyskutowano o jego uprowadzeniu. Według brytyjskiej Crown Prosecution Service członkowie grupy kontaktowali się tam bezpośrednio z rosyjskimi oficerami wywiadu.
To właśnie jest nowy model: rosyjska służba wskazuje cel, pośrednik organizuje przedsięwzięcie, a ludzie znajdujący się kilka szczebli niżej prowadzą obserwację, przygotowują logistykę i wykonują zadanie. Rosyjski oficer może w ogóle nie pojawić się w państwie, w którym ma dojść do ataku.
Ten sam kierunek widać na Litwie. W kwietniu 2026 roku litewska prokuratura ujawniła międzynarodową grupę 13 osób podejrzanych o przygotowywanie zabójstw Valdasa Bartkevičiusa, wspierającego Ukrainę litewskiego aktywisty, oraz rosyjskiego emigranta Rusłana Gabbasowa. Podejrzani pochodzili z kilku państw, prowadzili rozpoznanie miejsc zamieszkania i pracy celów oraz wymieniali informacje dotyczące zdobycia broni.
Nie jest więc przypadkiem, że zachodnie służby coraz częściej mówią nie tylko o rosyjskich „agentach”, ale o proxy. W nowym modelu człowiek naciskający spust może być zwykłym przestępcą. Rosyjski ślad znajduje się wyżej – przy pieniądzach, pośredniku, wskazaniu celu i poleceniu.
Polska: coraz bliższa przestrzeń operacyjna
W 2026 roku ten problem stał się również problemem Polski. 15 czerwca w Białej Podlaskiej został zamordowany 44-letni obywatel Rosji Robert Kuzowkow znany jako Siemion (Simon) Skrepetski. Według Prokuratury Okręgowej w Lublinie napastnik oddał do niego dwa strzały, a gdy ofiara upadła, podszedł i wystrzelił kolejne trzy razy. Skrepetski prowadził działalność artystyczną, w której otwarcie krytykował politykę władz Federacji Rosyjskiej. Sprawę przekazano następnie do Lubelskiego Wydziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej zajmującego się przestępczością zorganizowaną i korupcją.
Na obecnym etapie nie wiadomo publicznie, kto zlecił jego zabójstwo. Ale sposób działania – podejście do konkretnego celu, pięć strzałów i natychmiastowe odejście – oraz polityczny profil ofiary sprawiają, że sprawa wpisuje się w znacznie szerszy kontekst bezpieczeństwa rosyjskich emigrantów. W epoce przemocy zlecanej nie można przy tym zakładać, że ewentualny państwowy zleceniodawca musi mieć ten sam paszport co wykonawca.
Niecałe dwa miesiące później polskie władze ujawniły kolejną sprawę. 7 sierpnia w Warszawie zatrzymano obywatela Rosji podejrzewanego o przygotowywanie zabójstwa obywatela USA ukraińskiego pochodzenia Alberta Wasiljewa, znaneg pod ps. artystycznym Kyivstoner. Według informacji przekazanych przez polskie służby został on zwerbowany przez rosyjskie służby, a operację udaremniono przy współpracy ze stroną amerykańską. Reuters odnotował tę sprawę dzień później przy okazji ujawnienia wyroku Pirogowa. To zmienia perspektywę. Polska nie jest już wyłącznie zapleczem logistycznym Ukrainy i celem rosyjskiego sabotażu czy szpiegostwa. Staje się także miejscem, w którym rosyjski aparat próbuje docierać do konkretnych ludzi i organizować wobec nich przemoc.
Nie oznacza to, że Polska należy do rosyjskiej „bliskiej zagranicy” w politycznym znaczeniu tego pojęcia. Można jednak mówić o bliskiej przestrzeni operacyjnej. Rosyjskie służby nie mają tutaj możliwości działania takich jak w Armenii czy Kazachstanie, ale mogą zastąpić bezpośrednią obecność siecią ludzi znajdujących się już w Europie. Polska zna ten mechanizm również z innych spraw: w 2024 roku dwóch Polaków podejrzanych o wykonanie brutalnego ataku na Leonida Wołkowa w Wilnie zostało zatrzymanych w Warszawie, a litewski kontrwywiad oceniał sam atak jako dzieło rosyjskich służb.
W tym modelu polska granica nie jest dla rosyjskiej służby końcem operacji. Jest zmianą warunków jej prowadzenia. Zamiast własnego funkcjonariusza potrzebny jest miejscowy wykonawca. Zamiast bezpośredniego rozkazu – kilka warstw pośredników. Zamiast paszportu GRU – komunikator, gotówka, kryptowaluta albo kontakt ze środowiskiem kryminalnym. Dopiero zestawienie najnowszych spraw pokazuje pełny sens tej polityki. Można znaleźć się na rosyjskiej liście celów nie dlatego, że zdradziło się Rosję, lecz dlatego, że jest się ważnym elementem zachodniego wsparcia dla Ukrainy. Grozev, Dobrochotow i Kaczur pokazują natomiast, że porwanie i dostarczenie człowieka do Rosji nadal pozostaje rozważanym scenariuszem, ale jego wykonanie można powierzyć ludziom formalnie niezwiązanym z rosyjskim państwem.



Wybrane okazje dla Ciebie