Za Granicą

Mobilizacja Rosjanom nie taka straszna. Postrzegajmy Rosję jaką jest, a nie jaką chcielibyśmy ją widzieć

Fot. mil.ru

Podstawowym błędem poznawczym przy postrzeganiu Rosji jest to, że nie chcemy jej widzieć jaką jest w rzeczywistości, lecz taką jaką chcemy żeby ona była. Ogłoszenie przez Putina dekretu o tzw. częściowej mobilizacji, będącej efektem ukraińskiego kontruderzenia, wśród wielu komentatorów wywołało to wręcz euforie. Oceniali, że może wywoła to gwałtowne protesty w Rosji i doprowadzi do upadku Putina. Natomiast jeśli przyjrzymy się ich skali, to są one rachityczne. Owszem, liczba zatrzymanych jest duża, z kolei jeśli chodzi o frekwencję, to - jak wynika z danych przekazanych przez m.in. rosyjski portal opozycyjny Meduza.io - w Moskwie, gdzie doszło do największych demonstracji, jej uczestników było mniej niż tysiąc osób. W pozostałych miastach rzadko zjawiła się więcej niż setka protestujących. Nie można ich porównać nawet do protestów po sprawie Nawalnego, gdzie liczbę demonstrujących w całej Rosji oceniano na blisko 100 tysięcy.

Oprócz wspomnianych manifestacji, podpalane są też budynki komend uzupełnień. Odpowiedzialność za to bierze tajemnicza Bojowa Organizacja Anarcho-Komunistów, której celem jest, jak głosi w swych manifestach, wywołanie rewolucji społecznej i zbudowanie libertariańskiego społeczeństwa. Powiązana jest z grupą Fighter Anarchist, znaną m.in. z podpalenia obiektów policyjnych oraz stacji operatora komórki komórkowej należącej do tureckiej firmy Turkcell na Ukrainie w regionie kijowskim. Obecny stan wiedzy na jej temat nie pozwala jednoznacznie stwierdzić czy utworzona została ona przez środowiska anarcho-komunistyczne, czy też jej działalność jest inspirowana przez rosyjskie organa bezpieczeństwa.

Równocześnie w zasadzie bez echa przeszła informacja o wynikach badań, jakie dzień przed ogłoszeniem przez Putina dekretu o mobilizacji ogłosiło Centrum Lewady - rosyjska niezależna, pozarządowa organizacja badawcza i socjologiczna. Przeprowadzone one zostały w domach respondentów w formie wywiadu osobistego w dniach 25-31 sierpnia 2022 r. (na reprezentatywnej próbie ludności miejskiej i wiejskiej - 1612 osób w wieku 18 lat i więcej w 137 miejscowościach). Wynika z nich, że odnotowano znaczny wzrost zaufania do wszystkich instytucji państwowych i publicznych w porównaniu do roku ubiegłego. Podobne gwałtowne zmiany nastrojów miały miejsce w 2014 roku, a więc w czasie aneksji Krymu i rozpoczęciu walk w Ługańsku i Doniecku. Wzrosło zaufanie do głównych instytucji politycznych: do prezydenta z 53 proc. (2021 r.) do 80 proc. (2022 r.), do rządu z 33 proc. (2021 r.) do 55 proc., do Dumy Państwowej i Rady Federacji z 25 proc. (2021 r.) do ponad 40 proc. (2022 r.). Po ubiegłorocznym spadku, gwałtownie wzrosło w tym roku również zaufanie do resortów siłowych: na przykład 77 proc. respondentów ufa armii (61 proc. w 2021 r.), 61 proc. ufa organom bezpieczeństwa państwa (45 proc. w 2021 r.), a 41 proc. ufa policji (29 proc. w 2021 r.). Biorąc pod uwagę fakt, że wobec Centrum Lewady są wysuwane zastrzeżenia co do metodologii badań, iż nie publikuje jaki procent respondentów odmówił udziału w ankietach z obawy przed negatywnymi konsekwencjami (m.in. Sam Greene, dyrektor programu Rosja w King's College London), to wyników tych nie należy lekceważyć, nawet jeśli przyjmiemy błąd badawczy w wysokości 10 proc.

Czytaj też

Z tego powodu nie należy dziwić się, że protesty są bardziej wydarzeniami medialnymi, niż rzeczywistymi przejawami nastrojów społecznych, zważywszy nawet na grożące konsekwencję za udział w nich. Obecnie potencjał protestacyjny w rosyjskim społeczeństwie w zasadzie nie istnieje. Tak więc, na razie próba analogii historycznych z rokiem 1917 w Rosji, gdzie masy zrewoltowanych żołnierzy pochodzących ze wsi doprowadziły do upadku caratu, w obecnej sytuacji jest raczej swoistym "chciejstwem" i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jak zwrócił uwagę rosyjski politolog Vladimir Gelman,"w lutym 1917 r. jednostki wojskowe w Piotrogrodzie, obawiając się, że same zostaną wysłane na front, nie poszły w obronie rządu carskiego i ostatecznie on upadł", ale "tak głęboki spadek zdolności do tłumienia (aktywności obywatelskiej - przyp. red.) w Rosji nie został jeszcze zauważony. "Wręcz przeciwnie, można powiedzieć, że MSW i Gwardia Narodowa są nawet zainteresowane obecnością na miejscu w celu stłumienia protestów – a wtedy na pewno nie zostaną wysłane na front. Oznacza to, że sytuacja jest dokładnie odwrotna (...) a wyliczenia ludzi pokazują, że szanse na rozbicie »maszyny mobilizacyjnej«, która opiera się na represji, są niewielkie, dlatego naturalne jest, że racjonalne zachowanie to poszukiwanie indywidualnego wyjścia, a nie kolektywnego protestu" - ocenia.

Demonstrację przeciwko mobilizacji szczególnie ostry przebieg miały przede wszystkim w regionach określanych przez prof. Natalię Zubarewicz z moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego, (specjalizujących się w zagadnieniach dotyczących sytuacji socjoekonomicznej Rosji) mianem tzw. czwartej Rosji, obejmującej zaledwie 6 proc. populacji. Występuje w nich szczególnie wysoki poziom strukturalnej biedy, korupcja i konflikty na tle etnicznym i religijnym. Zaliczane są do niej głównie republiki etniczne, takie jak m.in. Tuwa, Buriacja, Kałmucja, Dagestan, Osetia Północna i Inguszetia. Biorąc pod uwagę stosunek dochodu do kosztu koszyka dóbr i usług oraz proporcje ludności poniżej granicy ubóstwa, to Tuwa jest na pierwszym miejscu, a Kałmucja i Inguszetia są bardzo zbliżone. Jednocześnie Tuwa jest jedynym regionem, w którym stosunek dochodu do kosztu koszyka jest mniejszy niż jeden, to znaczy średni poziom dochodu nie wystarcza, aby zapewnić minimalny zestaw towarów i usług. Jedna trzecia ludności żyje poniżej granicy ubóstwa. Pomimo, że w Osetii Północnej i Dagestanie sytuacja jest nieco lepsza to wszystkie te republiki etniczne pod względem poziomu życia są poniżej rosyjskiej średniej. Z tych regionów ginie najwięcej żołnierzy w toczącej się wojnie z Ukrainą. Stąd tak gwałtowny protest w m.in. Dagestanie. Jednocześnie rosyjskie jednostki z przewagą żołnierzy z wspomnianych regionów oznaczają się szczególnym okrucieństwem.

Jak podaje telegramowy kanał "Mongolski Węzeł", "według różnych szacunków na froncie znajdować ma się około 10 tys. Buriatów. Inne źródła podają 5 lub 6 tysięcy osób. W ujęciu procentowym na mieszkańca wśród wszystkich narodów Rosji prym wiodą Buriaci walczący na Ukrainie. Buriaci stanowią zaledwie 0,3 procent ludności Rosji, ale stanowią 2,8 proc. wśród oficjalnie zabitych na Ukrainie. Pod względem liczby zgonów w tej wojnie tylko Dagestan wyprzedza Buriację, ale jego populacja jest trzykrotnie większa. Największe straty w toczącej się wojnie ponoszą mniejszości etniczne: Buriaccy Mongołowie, Tuwuńcy, Mongołowie i Kałmuccy Mongołowie, którzy używani są jako "mięso armatnie". Były prezydent Mongolii Tsakhiagiin Elbegdorj wezwał wręcz do ucieczki z Rosji Tuwińców, Buriatów i Kałmuków, którzy nie chcą brać udziału w wojnie z Ukrainą. Jego wiadomość wideo została opublikowana na kanale YouTube Światowej Federacji Mongołów. "Okazuje się, że państwo zwane Rosją postanowiło zorganizować ludobójstwo Buriatów? Zniszczyć całą pulę genów, odbierając młodych, którzy będą żyć i żyć?" - to cytowana przez BBC wypowiedź Iriny Bułgutowej, będącej doktorem filologii buriackiej i profesorem nadzwyczajnym Katedry Literatury Rosyjskiej i Obcej Buriackiego Uniwersytetu Państwowego, na temat mobilizacji.

Zastanowić należy się też dlaczego dopiero 28 września planowane jest zamknięcie granicy rosyjskiej dla osób mogących potencjalnie podlegać poborowi. Jak przekazuje Nowaja Gazieta, według oficjalnych danych, potwierdzonych przez FSB, po ogłoszeniu częściowej mobilizacji z Rosji wyjechało 261 tys. mężczyzn. Według Guardian, bezpośrednie loty z Moskwy do Stambułu, Erewania, Taszkentu i Baku, stolic krajów umożliwiających Rosjanom bezwizowy wjazd, zostały wyprzedane na następny tydzień, podczas gdy najtańszy lot w jedną stronę z Moskwy do Dubaju kosztował około 370 000 rubli (5 000 funtów). Oznacza to, że wyjechały osoby z raczej zamożnych regionów, a nie z prowincji, która ma być głównym zapleczem poboru. Ponadto prawie 70 proc. obywateli Rosji nigdy nie było za granicą i nie ma paszportu. Dlatego można przyjąć hipotezę, że jest to swoisty wentyl bezpieczeństwa - lepiej pozwolić im opuścić Rosję, niż aby część z nich stała się uczestnikami protestów.

Czytaj też

Natomiast dla rosyjskich służb bezpieczeństwa to wręcz swoista "manna z nieba". Daje im możliwość wyekspediowania nieograniczonej liczby swoich aktywów, których nie trzeba w jakiś w szczególny sposób legendować, oraz przestępców. Ci, którzy pojawią się na terenie UE będą traktowani oficjalnie jako przeciwnicy Putina. Dlatego też, nieodpowiedzialne są deklarację niektórych urzędników UE (m.in. Charles Michel) czy poszczególnych krajów, w szczególności Niemiec, o możliwości przyznania im praw do pobytu. Dlatego też hasło "Wir begrüßen Deserteure aus Russland" (pol. witamy dezerterów z Rosji) powinno brzmieć raczej jako "Willkommen beim FSB, GRU und SWR" (pol. witamy FSB ,GRU i SWR). Rosjanom tego typu operacje już wielokrotnie się udawały. Wystarczy wspomnieć zgodę na emigrację rosyjskich Żydów w latach 80-tych do USA, gdy znaczną ich cześć stanowili kryminaliści. Stworzyli oni tam potem struktury rosyjskojęzycznej przestępczości, lojalne wobec rosyjskich służb.

Natomiast wzbudzające sensacje zdjęcia i filmy pijanych Rosjan, zmierzających do komisji poborowych, nie powinny wzbudzać żadnego zdziwienia. Jest to nic nadzwyczajnego, tak było zawsze, gdy odbywała się branka - czy to w czasach carskich, sowieckich, czy obecnych. Jest to więc wręcz uświęcona tradycja, jak słynne frontowe 100 gram wypijane 9 maja w Dniu Zwycięstwa. Na marginesie, znaczna cześć poborowych do LWP trzeźwiała dopiero, gdy przekroczyła bramy koszar. Tak samo pojawiające się informacje o werbowaniu do armii więźniów z kolonii karnych to nic nadzwyczajnego. Tradycja Sztraftbatalionów (batalionów karnych) ma w Rosji długą tradycję. Po raz pierwszy zaistniały w czasie wojny polsko – rosyjskiej w 1920 r., nie wspominając już o drugiej wojnie światowej, gdy służyło w nich 427 910 żołnierzy i większości to nie byli więźniowie polityczni. Swoistym novum jest jedynie werbowanie ich do PMC, jak to ma miejsce w przypadku tzw. wagnerowców. Jednostki stworzone z kryminalistów, oprócz większych skłonności do grabieży, okrucieństwa i dekownictwa, charakteryzują się również dużą determinacją wynikającą z tego, że zazwyczaj nie mogą liczyć na dostanie się do niewoli. Poza tym, możliwość otrzymania żołdu w wysokości 3 tysięcy dolarów w wypadku przeżycia i gwarancję wypłaty pośmiertnego odszkodowania stanowią co najmniej poważną zachętę. Dla zawodowych przestępców, którzy ryzyko utraty życia mają niejako wpisane w swój "zawód", nie stanowi to żadnego problemu. Nie wspominając już o rzeczy najważniejszej, jaką jest możliwość anulowania wieloletnich nierzadko wyroków.

Pozostaje pytanie co do wartości bojowej mobilizowanych rezerwistów. W tym przypadku nie należy zapominać, że znaczna ich część nabyła już umiejętności podczas służby w armii. Wbrew pozorom nie są one do przecenienia i mogą się przydać w walce. Ponadto nie jest wiadomo, jaka ich liczba ma za sobą dwuletnią (a nie jednoroczną) zasadniczą służbę wojskową, w trakcie której blisko rok spędziła na poligonach oraz ilu z nich to weterani z konfliktów na Kaukazie i Syrii. Zostaje jedynie kwestia zaopatrzenia wynikająca z wszechwładnej korupcji w Rosji, potencjalnego braku motywacji oraz ograniczonych zdolności fizycznych wśród części rezerwistów. Co do ewentualnego braku uzbrojenia, czego przykładem ma być pokazywany wielokrotnie filmik z zardzewiałymi kałasznikowami, to nie należy zapominać o nowych dostawach z kierunku irańskiego (np. drony) czy też z Korei Północnej (amunicja i broń strzelecka). Nie wiadomo też na jaki kierunek działań zostaną skierowane te nowe złożone z rezerwistów jednostki oraz gdzie nastąpi uzupełnienie nimi już operujących oddziałów. Nie należy też zapominać o istnieniu tzw. prawa wielkich liczb.

O tym, jak potoczy się wojna na Ukrainie zadecyduje, oprócz determinacji jej żołnierzy, pomoc militarna przekazywana przez państwa ją wspierające. Armia ukraińska prowadzi skuteczną walkę dzięki tej swoistej kroplówce, jaką są dostawy broni i zaopatrzenia dla niej. W tym miejscu należy zwrócić uwagę na postawę Niemiec, które pomimo istniejącego potencjału wstrzymują się od jakikolwiek realnych dostaw oraz analogiczne działania ze strony Izraela. Równocześnie, co widać choćby u naszych południowych sąsiadów, nastroje prorosyjskie mają coraz większe znaczenie. Przykład blisko stutysięcznej demonstracji w Pradze przeciwko sankcjom nałożonym na Rosję i podwyżkom cen energii zorganizowanej zarówno przez skrajną prawicę jak i komunistów powinien skłaniać do zastanowienia się nad realnymi wpływami rosyjskimi. Z opublikowanego na Słowacji sondażu wynika, że połowa respondentów życzyłaby sobie rosyjskiego zwycięstwa militarnego, a partia SMER-SD byłego premiera Roberta Fico, opowiadającego się przeciwko sankcjom wobec Rosji, odzyskuje znowu poparcie - z 9,1 proc. w styczniu 2021 roku po skandalu korupcyjnym do 14 proc., obecnie prowadząc przy tym cały czas prorosyjską narrację. To stawia ją na drugim miejscu w rozdrobnionej słowackiej scenie politycznej. 20 września br. w Bratysławie odbyła się pięciotysięczna demonstracja gdzie domagano się zakończenia rządów "klaunów" i "zdrajców", i zaprzestania udzielania pomocy Ukrainie. Podobna sytuacja występuje na Bałkanach - w Serbii, Czarnogórze, Macedonii Północnej, jak i Republice Serbskiej w Bośni i Hercegowinie. Postępujący kryzys energetyczny w krajach i obawa przed zimą w tzw. starej Unii powodują wzrost nastrojów prorosyjskich. Kilka tysięcy osób wzięło udział w demonstracji w Kolonii żądając od rządu otwarcia gazociągu Nord Stream 2 i wstrzymania dostaw broni na Ukrainę. Także lewicowa Die Linke zorganizowała w Lipsku demonstrację, domagając się obniżki cen energii i powrotu do relacji gospodarczych z Rosją. W prorosyjskich manifestacjach w Europie uczestniczy więcej ludzi niż w protestach przeciwko mobilizacji w Rosji.

Komentarze