- WIADOMOŚCI
Między ambicją a iluzją. Miliardy na schrony czy na lepsze piwnice? [OPINIA]
Sandomierz buduje ukrycie najniższej kategorii dla 4,5 tysiąca osób i ogłasza to z dumą. Tymczasem Finlandia, która buduje schrony od dekad, ogranicza pojemność pojedynczego obiektu nawet w najcięższej klasie żelbetowej S2 do 1200 osób, bo im więcej ludzi w jednym miejscu, tym poważniejsze konsekwencje, gdyby coś zawiodło. Dlaczego nie uczymy się na doświadczeniu innych?
Polska wyda na budowle ochronne miliardy złotych. Rzecz w tym, czy będą to schrony, czy obiekty, które jedynie tak się nazywają. Państwa, które traktują ochronę ludności poważnie, świadomie ograniczają liczbę osób w jednym obiekcie, zamiast ją zawyżać.
Szwajcaria po realnym teście zredukowała swój największy schron z 20 do 2 tysięcy miejsc, bo zrozumiała, że większej liczby ludzi w jednym miejscu po prostu nie da się ochronić. My idziemy w odwrotną stronę.
W Szwajcarii ponad 95 procent obywateli ma dziś miejsce w schronie chroniącym przed wybuchem i skażeniem powietrza, a nie w piwnicy z tabliczką. Polska dopiero rusza z programem ochrony ludności i obrony cywilnej, w którym w grę wchodzą miliardy złotych i ambicja objęcia ochroną milionów ludzi.
Schron czy tylko budowla ochronna?
Warto w tym miejscu podkreślić, że polskie przepisy nikogo nie zobowiązują do budowy schronu, lecz budowli ochronnej. A zgodnie z tymi samymi przepisami budowlą ochronną są zarówno schrony, jak i ukrycia U-1 oraz U-2, obiekty, które nie są projektowane na uderzenie fali wybuchu i nie chronią przed skażeniem powietrza. Różnica między najtańszym ukryciem a zwykłą piwnicą sprowadza się w praktyce do odporności na odłamki i zagruzowanie stropu.
Powstaje więc pytanie, czy to możliwe, że wydamy miliardy na mocniejsze piwnice i nie powstanie ani jeden schron z prawdziwego zdarzenia?
Sandomierz, czyli ptaszek w rubryce
To nie jest pytanie retoryczne. Sandomierz wyda 15 milionów złotych na dostosowanie podziemi szpitala Ducha Świętego do wymogów budowli ochronnej najniższej kategorii, czyli ukrycia U-1. Przewidziano w nim miejsce dla 4,5 tysiąca osób.
Taka konstrukcja nie jest odporna na uderzenie nawet najlżejszego drona. A nawet jeśli przetrwa, ludzie w środku mogą umrzeć od fali nadciśnienia, która wejdzie do niehermetycznego wnętrza, albo udusić się trującymi gazami z pobliskich pożarów. Na papierze wszystko się zgadza. Cztery i pół tysiąca Polaków może czuć się bezpiecznie, w teorii.
Iskander, czyli broń zza miedzy
Co to znaczy w praktyce, pokazuje broń, która spada dziś na miasta po drugiej stronie polskiej granicy. Pocisk Iskander przenosi głowicę o masie nawet ponad pół tony.
Człowiek w ukryciu U-1 w bezpośredniej bliskości trafienia Iskanderem, pociskiem, który Rosja wystrzeliła w Ukrainie już ponad tysiąc razy, jest w strefie śmierci, nawet jeśli nie trafią go odłamki i nie zawali się konstrukcja, bo U-1 nie izoluje od nadciśnienia, więc fala uderzeniowa wchodzi do środka i ulega zwielokrotnieniu.
Ten sam człowiek w schronie S-1 przeżyje, bo S-1 jest projektowany dokładnie na nadciśnienie fali rzędu 100 kPa. I to nie jest scenariusz z filmu, lecz broń używana sto kilometrów od polskiej granicy.
Sto kilopaskali brzmi abstrakcyjnie, więc warto przełożyć to na ludzkie ciało. To nacisk około kilograma na każdy centymetr kwadratowy skóry, czyli kilkadziesiąt kilogramów na całą dłoń i około tony na klatkę piersiową. I nie jest to ciężar, który narasta powoli, lecz cios zadany w ułamku milisekundy.
Co trzeba zmienić, żeby piwnica nie stała się śmiertelną pułapką?
Czy tego ukrycia w Sandomierzu nie da się jeszcze uratować, skoro przetarg rusza w lipcu? Ryzyko można zmniejszyć, ale dopiero wtedy, gdy dołoży się do obiektu niemal wszystko, co odróżnia schron od piwnicy.
Mechanizm zagrożenia jest następujący. Ukrycie U-1 nie ma hermetycznych drzwi ani zaworów odcinających, więc fala uderzeniowa pobliskiego wybuchu nie zatrzymuje się na jego ścianach, lecz wnika do środka każdą szczeliną, oknem piwnicznym, czerpnią, kanałem wentylacyjnym. W zamkniętym wnętrzu odbija się od betonowych ścian i spiętrza, a w korytarzach i narożnikach kumuluje, zamiast się rozproszyć. Ściany, które miały chronić, stają się pułapką, w której śmiertelny podmuch krąży i uderza w ludzi z każdej strony. Konstrukcja przetrwa, strop się nie zawali, a mimo to czterem i pół tysiąca ludzi nie pomoże ani jeden centymetr betonu nad głową, bo zabije ich sprężone powietrze, które wdarło się do środka.
Żeby temu zapobiec, obiekt musiałby dostać zawory przeciwwybuchowe, komory rozprężne za nimi i śluzy na wejściach, a strefy medyczne trzeba by podnieść do pełnego standardu schronu z hermetyzacją i filtrowentylacją. Każdy z tych elementów to cecha schronu, nie ukrycia.
Dokładając je do sandomierskiej piwnicy po kawałku, drożej i w gorszej kolejności, budujemy schron. Dlatego trzeba powiedzieć wprost, że w obecnym kształcie ten obiekt nie ochroni ludzi przed falą pobliskiego wybuchu, lecz stanie się dla nich śmiertelną pułapką.
Sonnenberg, czyli kraj, który odrobił lekcję
Szwajcarzy też kiedyś uwierzyli papierowi. W latach siedemdziesiątych wybudowali pod Lucerną schron Sonnenberg, zaprojektowany tak, by wytrzymał wybuch bomby atomowej o sile jednej megatony trotylu, czyli sile uderzenia tysięcy Iskanderów w jednym punkcie naraz. Założono ambitnie, że da on bezpieczeństwo 20 tysiącom mieszkańców Lucerny. Na papierze wszystko się zgadzało.
Różnica między Szwajcarią a Polską polega na tym, że tam na papierze nie poprzestano. W 1987 roku przeprowadzono pięciodniowy, realny test pod kryptonimem Ameise, czyli Mrówka. I była to katastrofa organizacyjna. Same wrota schronu zamykano nie kilka minut, lecz całą dobę. Nie dało się rozstawić łóżek ani sanitariatów i zarządzać taką masą ludzi. Schron idealny w obliczeniach okazał się w praktyce niezarządzalny.
Szwajcarzy wyciągnęli wnioski i z czasem zredukowali pojemność Sonnenberga z 20 do 2 tysięcy osób, czyli do liczby, którą realnie da się w jednym miejscu ochronić.
Kultura testowania trwa zresztą do dziś i wykracza poza Szwajcarię. W 2019 roku na szwedzkim poligonie Älvdalen, w ramach międzynarodowego eksperymentu SHIELD, zdetonowano ładunek o sile około 30 ton trotylu umieszczony na naczepie ciężarówki, a wokół rozstawiono konstrukcje ochronne naszpikowane czujnikami. W programie uczestniczyły Szwecja, Niemcy, Szwajcaria, Norwegia i Stany Zjednoczone.
Szwajcaria zeszła z 20 do 2 tysięcy miejsc w schronie odpornym na atak atomowy. Polska chwali się dwa razy większym ukryciem, które nie wytrzyma jednego Iskandera.
Diagnoza, o której nikt nie chce usłyszeć
Skąd się bierze ten polski mechanizm? Opisywany przypadek z Sandomierza dobitnie pokazuje, że ten mechanizm to nie są czcze teorie, lecz realne zagrożenie, które już funkcjonuje w przestrzeni publicznej. Rdzeń problemu polega na tym, że polskie nowe przepisy techniczne są dobre w wymaganiach, ale milczą w wyborze.
Definiują sześć kategorii budowli ochronnych, od ukrycia U-1 po schron S-3, i każdej przypisują twarde, mierzalne parametry. Inżynier wie dokładnie, jak zbudować schron S-1. Nikt natomiast nie wie, kiedy ma to być faktycznie schron, a kiedy wolno poprzestać na ukryciu, bo przepis nie zawiera żadnej reguły doboru kategorii.
Nie oszukujmy się więc, że w tę pustkę zawsze wpłynie rozwiązanie najtańsze. Prawo każe budować budowlę ochronną, a najtańszą budowlą ochronną jest ukrycie niewiele lepsze od zwykłej piwnicy. Każdy racjonalny inwestor, także publiczny, rozliczany z liczby obiektów, wybierze opcję najtańszą z dozwolonych. Nie ze złej woli, lecz dlatego, że pieniędzy zawsze jest mniej niż potrzeb, a utrzymanie schronu więcej kosztuje.
Jest i drugie dno. Najlżejszy polski prawdziwy schron, S-1, jest dziś przeładowany niemal wszystkimi wymaganiami schronu najwyższej klasy S-3, od odporności ogniowej po rozbudowane zaplecze, przez co stał się tak drogi, że nikt nie zbuduje go dobrowolnie tam, gdzie wolno postawić tanie ukrycie. Mamy więc jednocześnie najtańszą warstwę zbyt słabą i najtańszy schron zbyt drogi, a w przepaść między nimi osuwa się cały program.
Rozwiązanie nie wymaga przebudowy systemu, lecz dopisania reguły, i to pilnie, bo każda złotówka wydana wcześniej utrwali zły wzorzec. To liczba chronionych ludzi powinna wyznaczać minimalną, obowiązkową siłę schronu, dokładnie tak, jak robi to Finlandia, która chroni schronami ponad 85 procent ludności. A schron podstawowy trzeba odchudzić z nadmiarowych wymagań, by był lekki, tani i powstawał wszędzie. W myśl zasady, że lepszy jest dobry schron zbudowany tysiące razy niż idealny niezbudowany nigdy.
Co można było kupić za te same 15 milionów
Najbardziej bolesne w tej historii jest to, że alternatywa mieści się w tym samym budżecie. Za 15 milionów złotych można wybudować prawdziwy schron kategorii S-1, hermetyczny, z filtracją powietrza, wytrzymały na nadciśnienie 100 kPa, dla 1000 osób.
Taki obiekt można zlokalizować pod boiskiem szkolnym i urządzić w nim na co dzień klub sportowy, na przykład z kortami do padla, który zarabia na utrzymanie obiektu. Tysiąc miejsc realnej ochrony zamiast czterech i pół tysiąca miejsc ochrony pozornej. Mniejsza liczba na papierze, większa liczba uratowanych, gdyby przyszło co do czego. To dokładnie ta sama lekcja, którą Szwajcarzy odrobili na Sonnenbergu.
Czy jest z czego być dumnym? Odpowiedź brzmi: paradoksalnie tak. Polska ma dość dobre przepisy i najlepiej opisane kategorie budowli ochronnych w tej części Europy oraz zagwarantowane miliardy na ich budowę. To fundament, którego wiele państw może jej zazdrościć. Ale dopóki do przepisów nie zostanie dopisana jedna reguła doboru, będziemy się cieszyć z ptaszków w rubrykach, a nie z ochrony ludzi.
Szwajcarzy nauczyli się na własnym, bardzo drogim błędzie. My możemy nauczyć się na ich, zanim za publiczne miliardy zbudujemy najdroższe piwnice w historii Polski i nazwiemy je systemem ochrony ludności.
To, czy tak się stanie, rozstrzyga się teraz, na poziomie jednego przepisu, a nie później, na placach budowy. Najgorsze jest to, że błąd ujawni się dopiero wtedy, gdy ochrona będzie naprawdę potrzebna. A wtedy na poprawki będzie już za późno.
Piotr Jarosz – inżynier budownictwa z uprawnieniami bez ograniczeń i ponad 30-letnim doświadczeniem zawodowym, prezes zarządu HOLDFORT S.A., członek Polskiej Izby Inżynierów Budownictwa oraz International Association for Bridge and Structural Engineering. Autor białej księgi „Luka w sercu systemu ochrony ludności”.



