- WIADOMOŚCI
Wywiad ostrzegał, rząd spał. Anatomia klęski Hiszpanii w Ceucie
Autor. Borja Puig de la Bellacasa/Oficjalna strona internetowa rządu Hiszpanii (lamoncloa.gob.es)
Szturm na Ceutę nie spadł na Hiszpanię jak grom z jasnego nieba. Przez wiele dni rosła liczba przepraw, Guardia Civil przekazywała alarmujące dane, lokalne władze mówiły o utracie kontroli, a według źródeł wojskowych i cywilnych do Madrytu docierały ostrzeżenia o możliwości zorganizowanej operacji podczas marokańskiego Święta Tronu. Rząd nie został pozbawiony informacji. Został sparaliżowany własną biernością, polityczną ostrożnością wobec Rabatu i niezdolnością do podjęcia decyzji, zanim granica faktycznie przestała istnieć.
Najpoważniejszy zarzut wobec rządu Pedra Sáncheza nie polega na tym, że wywiad nie przewidział dokładnej liczby migrantów ani godziny rozpoczęcia szturmu. Polega na tym, że administracja otrzymywała kolejne sygnały świadczące o narastającym zagrożeniu, lecz żaden z nich nie wywołał odpowiedniej reakcji.
Według ustaleń opisanych przez Euronews, El Pueblo de Ceuta i inne media, źródła wojskowe oraz cywilne miały ostrzegać władze, że podczas obchodzonego 30 lipca marokańskiego Święta Tronu może dojść do świadomego poluzowania kontroli granicznych. Nie ujawniono jednak, czy informacje pochodziły z CNI, wojskowego CIFAS, czy struktur informacyjnych Guardia Civil lub Policji Narodowej.
W praktyce oznaczało to ryzyko wykorzystania tysięcy migrantów jako narzędzia nacisku na Hiszpanię. Po stronie marokańskiej obserwowano ruchy, które powinny były uruchomić alarm: zwiększoną liczbę autobusów przywożących ludzi do Fnideq, narastającą koncentrację młodych mężczyzn w pobliżu granicy oraz gwałtowny wzrost liczby prób przepraw morskich.
Takich przygotowań nie organizuje się w ciągu kilku godzin. Tysiące ludzi nie pojawiają się nagle w rejonie granicznym wyłącznie na skutek spontanicznego impulsu. Nawet jeżeli część uczestników przyjechała samodzielnie, sama skala mobilizacji powinna była zostać potraktowana jako sygnał operacyjny najwyższej wagi. Madryt jednak czekał. Czekał, aż prognoza zamieni się w kryzys, a kryzys w katastrofę.
Dane Guardia Civil mówiły same za siebie
Rząd nie musiał nawet opierać się na niejawnych meldunkach wywiadu. Dysponował oficjalnymi danymi Guardia Civil, z których wynikało, że presja na granicę rośnie w tempie, którego nie dało się racjonalnie uznać za zwykłe sezonowe wahanie.
Jak informował El País, między 29 czerwca a 12 lipca odnotowano około 500 prób przedostania się do Ceuty i Melilli drogą morską. W kolejnych dwóch tygodniach liczba ta wzrosła do około 1300. W ciągu kilkunastu dni nastąpiło więc ponad dwukrotne zwiększenie aktywności na szlakach prowadzących do hiszpańskich enklaw.
To właśnie na tym polega wczesne ostrzeganie. Nie na przepowiadaniu przyszłości, lecz na rozpoznawaniu zmian tempa, skali i sposobu działania. Gdy liczba prób gwałtownie rośnie, ośrodki recepcyjne są przepełnione, migranci pozostają na ulicach, a władze lokalne publicznie proszą o pomoc, odpowiedzialne państwo nie czeka na ostateczny szturm. Zwiększa obsadę, przygotowuje odwody, wzmacnia ochronę morską i stawia wojsko w gotowości.
Rząd Hiszpanii nie zrobił tego na czas. Minister spraw wewnętrznych Fernando Grande-Marlaska znał raporty Guardia Civil. Wiedział, że liczba prób przepraw rośnie. Wiedział również, że system przyjmowania migrantów w Ceucie osiąga granice wydolności. Nie potrzebował raportu z pieczęcią „szturm nastąpi jutro”, aby zrozumieć, że sytuacja zmierza w stronę przesilenia.
Ceuta alarmowała, Madryt patrzył gdzie indziej
Przewodniczący władz Ceuty Juan Jesús Vivas publicznie ostrzegał, że miasto traci zdolność do przyjmowania kolejnych osób. Mówił o przepełnionych ośrodkach, ludziach śpiących na ulicach i narastającym zagrożeniu dla bezpieczeństwa.
Na dzień przed kulminacją sytuacja była już przedmiotem debaty publicznej. Rankiem 30 lipca media informowały, że w ciągu tygodnia do Ceuty dotarło około 1500 osób. Był to kolejny sygnał, że nie chodzi już o rozproszone próby przekraczania granicy, lecz o narastającą falę.
Madryt nadal nie traktował Ceuty jak miejsca zbliżającego się kryzysu bezpieczeństwa. Według relacji cytowanych przez El País uwagę rządu pochłaniały w tym czasie pożary w innych częściach kraju. Ceuta miała pozostawać poza głównym polem zainteresowania władz centralnych.
To tłumaczenie nie łagodzi odpowiedzialności. Przeciwnie, jeszcze ją zwiększa. Państwo nie może zawieszać ochrony jednej granicy dlatego, że w innym regionie trwa inny kryzys. Od tego istnieją struktury administracyjne, służby i procedury, aby kilka zagrożeń mogło być obsługiwanych jednocześnie.
Jeżeli ostrzeżenia z Ceuty zostały zdegradowane, ponieważ rząd zajmował się pożarami, oznacza to nie brak informacji, lecz utratę zdolności do równoległego zarządzania bezpieczeństwem państwa.
Gra definicjami
Gdy granica została przełamana, rząd zaczął przekonywać, że nie otrzymał informacji przewidującej dokładnie taki rozwój wydarzeń. Grande-Marlaska twierdził, że Narodowe Centrum Wywiadu nie przedstawiło raportu zapowiadającego masowe wejście dziesiątek tysięcy migrantów w konkretnym dniu. Delegat rządu w Ceucie Miguel Ángel Pérez Triano również zaprzeczał, by dysponował ostrzeżeniem dotyczącym tak wielkiej skali napływu.
Jest to obrona wygodna, lecz niewiarygodna. Rząd utożsamił ostrzeżenie wywiadowcze z dokumentem, który musiałby podać dokładną datę, godzinę, miejsce i liczbę uczestników. Innymi słowy, administracja oczekiwała nie analizy ryzyka, lecz przepowiedni.
Służby bezpieczeństwa niemal nigdy nie dysponują pełnym scenariuszem przyszłego wydarzenia. Przekazują informacje fragmentaryczne: wzrost aktywności, nietypowe ruchy, zmianę zachowania drugiej strony, koncentrację ludzi, przygotowanie transportu i rosnącą podatność granicy. Rolą polityków jest połączenie tych elementów i podjęcie decyzji, zanim będzie za późno.
Madryt próbuje dziś wmówić opinii publicznej, że brak raportu przewidującego dokładnie dziesiątki tysięcy migrantów oznacza brak ostrzeżenia. To manipulacja pojęciami. Ostrzeżenia były. Zabrakło decyzji.
Wojsko czekało na polityczny rozkaz
Hiszpania posiadała w Ceucie i Melilli jednostki wojskowe, które mogły zostać wcześniej postawione w stan gotowości. Nie trzeba było organizować wielkiej operacji przerzutowej z kontynentu. Wystarczyło przygotować żołnierzy do wsparcia służb granicznych, rozmieścić dodatkowe patrole i zabezpieczyć najbardziej zagrożone odcinki. Do podjęcia takich działań potrzebny był jednak rozkaz polityczny. Ten nie nadszedł.
Kiedy tysiące ludzi ruszyły w stronę przejścia i falochronów, funkcjonariusze Guardia Civil oraz policji nie byli już w stanie jednocześnie chronić granicy, ratować tonących, udzielać pomocy rannym i kontrolować napływ. Państwo utraciło możliwość rejestracji, selekcji i zatrzymywania wszystkich wchodzących osób. Dopiero wtedy rząd zaczął wysyłać dodatkowe siły. Wojsko, większe oddziały policji, patrole morskie i bariery pojawiały się już po przełamaniu granicy. Nie był to plan obrony, lecz pospieszne łatanie skutków wcześniejszego zaniedbania.
Rząd zachował się jak strażnik, który ignoruje hałas przy drzwiach, a po wtargnięciu tłumu zaczyna sprawdzać, gdzie przechowywane są klucze.
Polityczna ślepota wobec Maroka
Drugim źródłem bezczynności mogła być niechęć do otwartego zakwestionowania współpracy z Rabatem. Premier Sánchez mówił wprawdzie o naruszeniu integralności terytorialnej Hiszpanii, lecz równocześnie podkreślał dobrą współpracę z władzami Maroka. Oficjalna narracja kierowała uwagę na przemytników i informacje rozpowszechniane w mediach społecznościowych.
Taki przekaz był dla Madrytu wygodny, ponieważ pozwalał uniknąć pytania, czy masowy napływ mógł odbyć się bez co najmniej czasowej bierności marokańskich służb.
Według części relacji funkcjonariusze po stronie marokańskiej przez pewien czas nie zatrzymywali tłumu. Pojawiły się także doniesienia o osobach związanych z marokańskim wywiadem, które miały znajdować się wśród migrantów i obserwować reakcję strony hiszpańskiej.
Sam scenariusz wykorzystania migracji jako instrumentu presji nie powinien być jednak dla Hiszpanii zaskoczeniem. W 2021 roku Madryt doświadczył już podobnego kryzysu po poluzowaniu kontroli granicznych przez Maroko.
Po tamtych wydarzeniach Hiszpania zapowiedziała stworzenie skutecznego systemu wczesnego ostrzegania i kompleksowego planu ochrony Ceuty oraz Melilli. Pięć lat później okazało się, że ostrzeżenia nadal krążą między instytucjami, a decyzje zapadają dopiero wtedy, gdy kryzys jest już transmitowany przez kamery.
Informacje były. Państwa zabrakło
Spór o to, czy CNI sporządziło jeden szczegółowy raport, przesłania istotę sprawy. Państwo nie działa na podstawie jednego dokumentu, lecz całego obrazu sytuacji. A ten obraz był wystarczająco wyraźny.
Był gwałtowny wzrost liczby przepraw. Były przeciążone ośrodki. Były publiczne apele władz Ceuty. Były informacje o koncentracji ludzi po stronie marokańskiej. Były doniesienia o autobusach zmierzających w rejon granicy. Były ostrzeżenia źródeł wojskowych i cywilnych. Było wreszcie doświadczenie kryzysu z 2021 roku.
Zobacz też

Każdy z tych sygnałów osobno mógł zostać uznany za niewystarczający. Wszystkie razem tworzyły obraz przygotowywanej eksplozji. Rząd albo tego obrazu nie dostrzegł, albo uznał, że polityczny koszt wcześniejszej reakcji będzie większy niż ryzyko bezczynności. W obu przypadkach odpowiedzialność spada na Madryt.
Nie zawiódł wyłącznie wywiad. Zawiodła administracja, która nie potrafiła przetworzyć informacji w decyzję. Zawiodła koordynacja między służbami, władzami lokalnymi i rządem centralnym. Zawiedli politycy, którzy woleli podtrzymywać narrację o dobrej współpracy z Marokiem, zamiast przygotować się na najgorszy scenariusz.
Po wszystkim można spierać się o to, czy był to szturm spontaniczny, tolerowany czy inspirowany. Nie można natomiast poważnie twierdzić, że Hiszpania nie otrzymała żadnych ostrzeżeń.
Madryt widział rosnącą falę, lecz udawał, że obserwuje jedynie pojedyncze krople. Kiedy fala uderzyła w Ceutę, rząd ogłosił, że nikt nie uprzedził go o nadchodzącym przypływie.



