Reklama
  • WIADOMOŚCI

Co dzieje się z byłymi funkcjonariuszami służb specjalnych?

Analityk, który wykrył Pawła Rubcowa, rosyjskiego szpiega GRU, pracuje teraz w urzędzie za minimalną krajową - donosi „Rzeczpospolita”. Na wsparcie ze strony państwa nie ma co liczyć. W podobnej sytuacji mają być też inni byli agenci, którzy po odejściu ze służby muszą poukładać swoje życie na nowo.

Autor. Opracowanie własne

Według szacunków (oficjalne dane nie są podane do informacji publicznej) rocznie ze służb specjalnych odchodzi kilkudziesięciu funkcjonariuszy. W perspektywie 5-10 lat, jak szacuje Frontline Foundation - fundacja złożona z byłych szefów i funkcjonariuszy służb specjalnych - odejdzie od kilkuset do nawet tysiąca osób. Państwo nie ma żadnej kontroli nad tym, czym byli agenci będą się zajmować.

„Brak systemowej rekonwersji generuje ryzyka podwójnej natury: utratę cennego kapitału ludzkiego, który mógłby zasilać administrację, instytucje międzynarodowe i sektory strategiczne, oraz zagrożenia kontrwywiadowcze wynikające z niekontrolowanego przepływu byłych funkcjonariuszy do podmiotów prywatnych (w tym zagranicznych) oraz organizacji powiązanych z państwami o sprzecznych interesach geopolitycznych” - alarmuje raport „Rekonwersja kadr służb specjalnych w Polsce”, przygotowany przez Frontline Foundation, która jest złożona z byłych szefów i funkcjonariuszy służb specjalnych. 

W końcu osoby zatrudnione w służbach specjalnych to jedni z najlepiej wyszkolonych funkcjonariuszy w Polsce, bez których państwo pozostaje w dużym stopniu „głuche” na czyhające zagrożenia. Mowa tu o ABW, CBA, Agencję Wywiadu (AW), Służbie Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) i Służbie Wywiadu Wojskowego (SWW). Brak ich zagospodarowania po odwieszeniu munduru na kołek jest dużym zaniedbaniem nie tylko dla nich, ale i dla państwa, które wydało dużo pieniędzy na ich wyszkolenie.  

Jak to wygląda w innych krajach?

Państwa słynące z najlepszych służb wywiadowczych na świecie interesują się dalszymi losami osób, które przeszły do cywila. W Stanach Zjednoczonych pomoc w odnalezieniu się w życiu zawodowym byłych funkcjonariuszy jest traktowana jako element polityki bezpieczeństwa narodowego. Podobnie jest w Wielkiej Brytanii czy Izraelu.  

„Izrael faktycznie stworzył całą swoją Dolinę Krzemową właśnie wychwytując najlepszych, którzy po odejściu ze służb, nadal robią to samo, tylko że zakładają start-upy i pracują dla państwa. System Pegasus został stworzony właśnie przez byłych oficerów pracujących dla wywiadu Izraela. Zarabia na tym też samo państwo, bo technologie są sprzedawane w ograniczonym zakresie, ale do sojuszników, czyli wszyscy mają z tego korzyści” - wskazuje autor raportu, cytowany przez „Rzeczpospolitą”.

„O tym, jak na Zachodzie władze interesują się dalszymi losami zawodowymi byłych agentów świadczy fakt, że w USA spośród 20 ostatnich szefów i zastępców szefa CIA i NSA 19 poszło do biznesu, ale państwo doskonale wie, gdzie pracują” - mówi Chodziński. I jak dodaje, że każdy odchodzący jest świadomy, dokąd może pójść, a gdzie mu nie wolno. „W Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych czy w Izraelu istnieje lista podmiotów i instytucji, w których funkcjonariusze mogą rozpocząć pracę po odejściu ze służb specjalnych” - wskazuje Chodziński z Frontline Foundation.

W Polsce kompleksowego systemu wsparcia takich funkcjonariuszy nie ma. „Państwo zainwestowało gigantyczne pieniądze w szkolenie funkcjonariuszy służb specjalnych, zaufało, powierzając im najważniejsze tajemnice, a po ich odejściu państwo nie jest w stanie z obopólną korzyścią nadal uzyskiwać pozytywnych rezultatów inwestycji w często długoletnią służbę tych ludzi. To marnotrawstwo” - mówi Norbert Loba, były wiceszef ABW, prezes Frontline Foundation. 

Jak informuje „Rzeczpospolita”, analityk, który ujawnił szpiega Pawła Rubcowa, wylądował w powiatowym urzędzie. Mowa o głośnym medialnie zdemaskowaniu rzekomego hiszpańskiego dziennikarza, który okazał się być rosyjskim szpiegiem Pawłem Rubcowem działającym na rzecz GRU. 

„Znam osobiście tę sytuację, analityk kontrwywiadu z ABW, który rozpracowywał sprawę Rubcowa, pracuje teraz w jednym z powiatowych urzędów pracy na wschodzie Polski, za minimalną krajową. A to specjalista najwyższej klasy, ze znakomitą znajomością języka rosyjskiego, ekspert od rosyjskiej dezinformacji, doktor nauk o bezpieczeństwie, w trakcie habilitacji. Wybitny umysł, tak naprawdę dzięki jego analizom udało się ustalić, że Rubcow to oficer GRU, a nie żaden dziennikarz” - mówi dziennikarzom „Rzeczpospolitej” Chodziński. 

Przykładów marnotrawienia wiedzy i doświadczenia byłych funkcjonariuszy jest dużo więcej. Schemat się powiela. W momencie odejścia ze służby agent dostaje odprawę, szef mu przypomina o obowiązku zachowania tajemnicy i życzy powodzenia na dalszej ścieżce kariery. Byli funkcjonariusze najczęściej trafiają do pracy w ochronie. Historię emerytowanego oficera z wieloletnim doświadczeniem na Wschodzie opowiedziała „Rzeczpospolita”. „To na dyżurkę, jak w bezpieczeństwie pan robił” - miała zaproponować mu pracownica działu HR. Oficer nie zagrzał w tej pracy miejsca na długo. Założył konto na LinkedInie, gdzie dostał ofertę z firmy doradczej zarejestrowanej na Cyprze. Zaoferowano mu trzykrotnie większą pensję, jednak pochodzenia kapitału spółki nikt nie sprawdził.  

„Tego typu sytuacje rodzą ogromne ryzyka. Taka firma najpierw daje drobne zadania, płacąc duże pieniądze, by potem coraz bardziej korzystać z wiedzy byłego funkcjonariusza. Bez systemu wsparcia w poszukiwaniu pracy zostanie on uwikłany w niebezpieczną relację, z której trudno się wyplątać” - mówi dziennikarzom „Rzeczpospolitej” Chodziński. Państwo nie ma żadnej kontroli nad tym, gdzie po odejściu z AW czy SKW zatrudniony zostanie były funkcjonariusz. Przykładowo, były agent, który zajmował się przestępcami VAT-owskimi, po zakończeniu służby może zaszantażować prezesa spółki, którą analizował, że „wie o nim wszystko”, proponując swoje usługi w pionie bezpieczeństwa firmy.  

”Nie jest tak, że naciskamy przycisk i człowiek zapomina wszystkie tajemnice, jakie znał. Po odejściu w ciągu jednego dnia ktoś zdesperowany, może wywrócić dużą spółkę strategiczną, nasze bezpieczeństwo narodowe, naszą agenturę ulokowaną na wschodzie” - wylicza zagrożenia Artur Chodziński. 

Człowiek, który całe życie zawodowe spędził w służbach wymagających tajności, tajemnice musiał „trzymać” w sobie, miał kontakt z przestępczością zorganizowaną, zagrożeniami wywiadowczymi i terrorystycznymi, często nie potrafi się odnaleźć w cywilnym życiu. Nie ma już adrenaliny, nie dostarczy jej chodzenie do sklepu po bułki i ser - zwracają uwagę w rozmowie z „Rzeczpospolitą” oficerowie służb. 

Jak temu zaradzić

Autor raportu proponuje powołanie Centralnego Ośrodka Rekonwersji Służb Specjalnych, który będzie odpowiadał za „doradztwo, szkolenia, pośrednictwo pracy, wsparcie psychologiczne, sieć weteranów i współpracę z sektorem publicznym oraz prywatnym”. Miałby on być na wzór Centralnego Ośrodka Aktywizacji Zawodowej, jaki działa w Siłach Zbrojnych i zajmuje się odchodzącymi z wojska żołnierzami. 

W ramach takiego ośrodka państwo mogłoby pomóc odnaleźć się w życiu zawodowym byłym funkcjonariuszom. Jak szacuje Chodziński, jego koszt działania wyniósłby od 3 do 5 milionów złotych. „Nieduży dla budżetu państwa, a korzyści byłyby ogromne i moglibyśmy uniknąć bardzo wielu zagrożeń” - zaznacza Chodziński.  

Należałoby również określić „stanowiska krytyczne” w służbach, utworzyć centralny rejestr zajmujących je byłych funkcjonariuszy, wprowadzić obowiązek raportowania zatrudnienia dla takich osób. A także stworzyć katalog podmiotów wysokiego ryzyka, firm kontrolowanych przez państwa wrogie wobec RP, powiązanych z obcymi służbami specjalnymi - wylicza raport.  

Na dwa lata przed zakończeniem służby funkcjonariusz miałby dostęp do szkoleń, ofert zatrudnienia, w tym propozycji z administracji publicznej. „Korzyści byłyby obopólne. Były funkcjonariusz miałby zabezpieczenie, a państwo, wykorzystując jego kompetencje i doświadczenie, nie traciłoby go z pola widzenia” - wskazuje autor raportu. 

Kończący służbę funkcjonariusze nie byliby już zmuszeni brać rażąco niedopasowanych do ich kompetencji ofert pracy. Zatrudnienia mogliby szukać w Ośrodku Studiów Wschodnich, MSZ czy w strategicznych spółkach Skarbu Państwa. „Ale nie na zasadzie politycznego desantu po każdych wyborach, tylko na zasadzie zdrowego dbania o bezpieczeństwo narodowe” - podkreśla rozmówca „Rzeczpospolitej”.  

Jak ostrzegają autorzy raportu, wschodnie wywiady interesują się byłymi funkcjonariuszami służb specjalnych. „Najsmutniejszą konkluzją jest to, że oni się interesują nimi bardziej, niż nasze państwo” - podsumowuje Chodziński, a - jak wiadomo - odpowiednio zaopiekowany były agent rzadziej będzie próbował „monetyzować” wiedzę wbrew interesom państwa.

Źródło: Rzeczpospolita

Reklama
Reklama