Reklama
Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • KOMENTARZ

Francuskie zamieszki, czyli „grab, co zagrabione” zrealizowane w praktyce [KOMENTARZ]

Francuska Policja
Zdjęcie ilustracyjne
Autor. Préfecture de Police/X

Protest zaczął się od licealistów sprzeciwiających się brakom nauczycieli, przepełnionym klasom i zaniedbanym szkołom. Dołączyli studenci, związki zawodowe i uczestnicy demonstracji przeciw drożyźnie oraz pogarszającym się usługom publicznym. 17 października na ulice wyszły setki tysięcy ludzi. Większość przyszła demonstrować pokojowo. Część uznała jednak, że skoro państwo nie potrafi naprawić szkoły, można przynajmniej naprawić własny budżet – zabierając coś ze sklepu.

Reklama

Tak szkolny protest dostał nowy, bardzo praktyczny program nauczania. Zamiast lekcji obywatelskiej były wybijane szyby, zamiast dyskusji o finansowaniu edukacji – szybki kurs wynoszenia towaru. W Paryżu, Lyonie, Marsylii, Bordeaux i innych miastach plądrowano sklepy, podpalano samochody i atakowano budynki publiczne. W Limoges spłonął ratusz, w Lyonie biuro turystyczne, a w Marsylii wtargnięto do ratusza. Wśród celów znalazły się supermarkety, sklepy z elektroniką, odzieżą i luksusowymi markami. Rewolucja nie gardziła ani symbolem władzy, ani parą butów. 

Wśród plądrujących szczególnie widoczni byli młodzi zquartiers populaires, w tym z przedmieść o dużym udziale mieszkańców z rodzin imigranckich pochodzących z Maghrebu. „Le Parisien” opisywał plądrujących przede wszystkim jako nastolatków i młodych dorosłych, którzy wybierali miejsca konsumpcji znane im z codziennego życia. W Grenoble policyjny związkowiec mówił o bardzo młodych rabusiach przybyłych z dzielnic. Przedstawiciel UNSA Police (Związek Zawodowy Policjantów) stwierdził, że wielu młodych dołączyło do wydarzeń i przyczyniło się do plądrowania sklepów. Obok nich działali aktywiści skrajnej lewicy, atakujący policję i instytucje. Na ulicy spotkały się więc różne motywacje: polityczna walka z państwem, gniew społeczny i zwykła okazja, by wynieść coś ze sklepu. 

W tym miejscu do opisu pasuje hasło „grab, co zagrabione”. To nie przypadkowa rymowanka, lecz slogan bolszewików z 1918 roku. Lenin najpierw przytoczył opowieść o starym bolszewiku, który tłumaczył kozakowi: „Tak, grabimy zagrabione”. Kilka miesięcy później użył już bezpośredniej formy i bronił jej jako zrozumiałego odpowiednika „wywłaszczenia wywłaszczycieli”. Wtedy miało to uzasadniać odbieranie własności klasom uznanym za wyzyskujące. Sto lat później rabujący we Francji sklepy nie musieli czytać Lenina. Wystarczyło, że ktoś inny przeczytał im plan sklepu. 

Reklama

W bogatych częściach Paryża, jak pisze „Le Monde”, jeden z młodych uczestników krzyczał, że dzielnice są tu bogate dzięki zyskom z przedmieść. To zdanie dobrze mieści się w logice „sprawiedliwego odwetu”: skoro centrum ma pieniądze, jego sklepy można potraktować jak zaległy rachunek. Tyle że rachunek nie trafił do nauczycieli, uczniów ani mieszkańców przedmieść. Trafił do tych, którzy wyszli ze sklepu z łupem. Właściciele i pracownicy zostali z rozbitą witryną, zniszczonym lokalem albo pustymi półkami – i z rachunkiem za sprzątanie tej rewolucji. 

Niedzielny bilans Federacji Handlu i Dystrybucji mówił o 1 500 sklepach bezpośrednio dotkniętych wydarzeniami. W poniedziałek minister handlu Serge Papin szacował, że co najmniej 3 000 placówek zostało uszkodzonych lub obrabowanych. Carrefour podał, że ucierpiało około 50 jego sklepów, a 20 z nich splądrowano. Liczba 3 000 nie oznacza, że każdy sklep obrabowano – obejmuje także placówki zdewastowane. Skala strat i tak przypomina masową wyprzedaż, na której jedynym warunkiem uczestnictwa było posiadanie łomu albo mocnego ramienia. 

Tak więc bolszewickie hasło wróciło na ulice w wersji uproszczonej. W oryginale miało wielką teorię, dziejową misję i „wywłaszczycieli”. W praktyce francuskich zamieszek wystarczył sklep, w którym można było wybić szybę. „Grab, co zagrabione” stało się trafną satyrą na społeczną zemstę, która obiecuje redystrybucję, ale kończy się szabrem. Towar zmienił właściciela bez negocjacji, bez płatności i – jak można się domyślać – bez paragonu. Został sam czasownik i pytanie, kto zapłaci za jego skutki.

Zobacz również
Reklama