- KOMENTARZ
- WIADOMOŚCI
Służba Ochrony Państwa skazana na tymczasowość?
Służba Ochrony Państwa nadal nie ma komendanta. Prezydent Karol Nawrocki nie uzgodnił kandydatury płk. Tomasza Jackowicza, a bez jego zgody premier nie może dokonać powołania. To konsekwencja wyjątkowego – biorąc pod uwagę inne mundurowe formacje – rozwiązania, przyjętego w ustawie o SOP. Rozwiązania, które w warunkach politycznego konfliktu z proceduralnego „bezpiecznika”, zmienia się w skuteczne narzędzie blokowania decyzji. Kłopot w tym, że najbardziej traci na tym sama formacja.
Prezydent Karol Nawrocki przekazał premierowi Donaldowi Tuskowi negatywne stanowisko w sprawie powołania płk. Tomasza Jackowicza na stanowisko komendanta Służby Ochrony Państwa. Kandydatura nie uzyskała zatem wymaganego prawem uzgodnienia. Pałac Prezydencki zadeklarował wprawdzie gotowość do rozmów o innej osobie, która miałaby dawać „rękojmię profesjonalnego i stabilnego kierowania formacją”, ale publicznie szczegółowego uzasadnienia odrzucenia kandydatury Jackowicza nie zaprezentowano.
W praktyce oznacza to powrót do punktu wyjścia. Rząd musi przedstawić kolejną kandydaturę, próbować przekonać prezydenta do zmiany stanowiska, albo zaakceptować konieczne półśrodki, pozwalając na kierowanie formacją na podstawie decyzji o powierzeniu obowiązków komendanta.
Bez pola do interpretacji
Kompetencja prezydenta, dotycząca procedury powołania szefa SOP, nie wynika ze zwyczaju politycznego, czy prób swobodnej interpretacji przepisów o roli głowy państwa w systemie zarządzania. Została zapisana wprost w ustawie z 8 grudnia 2017 roku o Służbie Ochrony Państwa.
Zgodnie z art. 11 ust. 1 ustawy „komendanta SOP powołuje i odwołuje Prezes Rady Ministrów, w uzgodnieniu z Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, na wniosek ministra właściwego do spraw wewnętrznych”.
Wniosek składa zatem minister spraw wewnętrznych, formalnego powołania dokonuje premier, ale wcześniej konieczne jest uzgodnienie z prezydentem. Twórcy przepisów nie posłużyli się formułą „po zasięgnięciu opinii” ani nie wprowadzili instytucji niewiążącej konsultacji. Uzgodnienie wymaga osiągnięcia wspólnego stanowiska. Negatywna decyzja prezydenta oznacza więc, że procedury powołania konkretnego kandydata nie można skutecznie zakończyć.
Jednak czytając ustawę o SOP, znajdziemy tam też zapis mówiący o tym, że komendant SOP jest centralnym organem administracji rządowej podległym ministrowi właściwemu do spraw wewnętrznych. Mówiąc w skrócie: odpowiedzialność za nadzór nad formacją spoczywa na ministrze, ale nie ma on – i to nawet wspólnie z premierem – pełnej swobody obsadzenia stanowiska jej szefa.
A więc to właśnie prezydent, a nie premier czy szef MSWiA, posiada kluczowe uprawnienie pozwalające zablokować zarówno powołanie, jak i odwołanie komendanta. W warunkach kohabitacji i politycznej polaryzacji jest to gotowy przepis na długotrwały impas. Z którym zresztą mamy do czynienia od miesięcy.
Wyjątek od reguły
Warto cofnąć się o parę lat, do czasów Biura Ochrony Rządu. W przepisach tej formacji, która była bezpośrednim poprzednikiem SOP, zapis mówiący o konieczności uzgodnienia powołania i odwołania komendanta z prezydentem nie występował.
Ten obowiązek pojawił się w 2017 roku wraz z ustawą o SOP, która uchwalona została z inicjatywy i głosami rządu Prawa i Sprawiedliwości. To właśnie ówczesna większość parlamentarna zdecydowała, że przy obsadzaniu kierownictwa nowej formacji głowa państwa otrzyma możliwość „weta”, której nie ma wobec szefów pozostałych służb mundurowych podległych MSWiA.
Dlaczego zdecydowano się na taki krok? Dziś trudno znaleźć przekonujące uzasadnienie, a argument, że formacja chroni prezydenta, nie wydaje się kluczowy. SOP ochrania również premiera, marszałków Sejmu i Senatu, ministrów oraz inne osoby. Ale bez względu na to wszystko, jest przede wszystkim częścią administracji rządowej i pozostaje pod nadzorem ministra spraw wewnętrznych i administracji.
Paradoksalnie, wprowadzone do ustawy rozwiązanie nie zabezpiecza SOP przed polityką. Przeciwnie – w warunkach ostrego konfliktu między Pałacem Prezydenckim a rządem – wciąga formację w sam środek politycznego sporu.
Miesiące zawieszenia
Obecna sytuacja jest bezpośrednim następstwem wcześniejszej sprawy gen. bryg. Radosława Jaworskiego. W połowie stycznia 2026 roku MSWiA poinformowało o wszczęciu wobec niego postępowania dyscyplinarnego i zawieszeniu w pełnieniu czynności służbowych. Obowiązki komendanta przejął wówczas płk Tomasz Jackowicz, a w lipcu powierzono je płk. Maciejowi Lewińskiemu.
Karol Nawrocki zgodził się na odwołanie Jaworskiego dopiero w połowie września 2026 roku, czyli niemal osiem miesięcy po jego zawieszeniu. Przez cały ten czas formalnie komendantem pozostawała zatem osoba, która faktycznie formacją nie kierowała.
Zgoda prezydenta na odwołanie generała mogła być – i przez chwilę przez wielu była – odczytywana jako początek wychodzenia z impasu. Tak się jednak nie stało. Dwa tygodnie później Pałac Prezydencki odmówił uzgodnienia kandydatury Jackowicza. Formalny problem z odwołaniem poprzedniego komendanta został zatem rozwiązany, ale natychmiast zastąpił go ten z powołaniem następcy.
SOP zakładnikiem procedury
Prezydent ma prawo odmówić uzgodnienia kandydatury, bo ustawodawca wyposażył go w taką kompetencję. Ocena polityczna tej decyzji to osobna sprawa, ale z punktu widzenia interesu państwa problemem pozostaje brak mechanizmu pozwalającego zakończyć spór. Ustawa nie wyznacza prezydentowi terminu na zajęcie stanowiska, nie wymaga przedstawienia rozbudowanego uzasadnienia i nie przewiduje procedury w przypadku braku porozumienia.
W efekcie obie strony mogą przerzucać się odpowiedzialnością: rząd będzie wskazywał, że przedstawił kandydata wywodzącego się z formacji, a prezydent go zablokował. Pałac Prezydencki może twierdzić, że to minister odpowiada za stan podległej mu służby i powinien wskazać inną osobę. I chociaż teoretycznie obie te narracje można uzasadniać, z perspektywy SOP żadna nie sprawia, że kłopot znika.
Stan tymczasowości może więc trwać niemal w nieskończoność. Skoro prezydent odrzucił pierwszą przedstawioną kandydaturę, poszukiwanie następnej – do zaakceptowania jednocześnie przez MSWiA, premiera i Pałac Prezydencki – może potrwać. W warunkach ostrego konfliktu politycznego nawet kandydat o niekwestionowanym doświadczeniu może zostać oceniony nie tylko przez pryzmat kompetencji, ale też zaufania poszczególnych uczestników procesu decyzyjnego.
Nie tylko spór o nazwisko
W tej sprawie nie chodzi już tylko o to, kto ostatecznie obejmie stanowisko komendanta SOP, ale o coś znacznie istotniejszego. Po raz pierwszy w niedługiej historii SOP pojawia się pytanie, czy konstrukcja przyjęta w 2017 roku tak naprawdę odpowiada realiom funkcjonowania państwa i zasadom odpowiedzialności za służby podległe ministrowi spraw wewnętrznych?
Jeżeli komendant SOP podlega ministrowi właściwemu do spraw wewnętrznych i administracji, to naturalnym punktem odniesienia powinien być model obowiązujący w Policji, Straży Granicznej czy Państwowej Straży Pożarnej. Premier powołuje szefa formacji na wniosek ministra, a następnie rząd ponosi polityczną i organizacyjną odpowiedzialność za skutki tej decyzji. W SOP funkcjonuje to jednak inaczej.
I warto zdać sobie sprawę z tego, że nie jest to prawny detal. W praktyce przepis tworzy trzeci ośrodek podejmowania decyzji w procesie wyłaniania kierownictwa formacji podporządkowanej rządowi. I o ile, gdy relacje między rządem a Pałacem Prezydenckim układają się poprawnie, mechanizm może pozostawać niemal niewidoczny, o tyle, jeśli pojawia się polityczny konflikt, jego konsekwencje szybko zaczynają wpływać na funkcjonowanie służby.
Jak mówił, w środę rano na antenie radiowej Trójki, szef MSWiA Marcin Kierwiński, „prezydent w tej sprawie zachowuje się (…) tak, jakby robił wszystko, żeby sypać piach w tryby rządowi”. Dodał też, że „pułkownik Jackowicz będzie pełniącym obowiązki i niezależnie od tego, jak pan prezydent sabotuje zmiany w tej służbie, pan pułkownik i tak będzie nią dowodził”.
Co dalej? Porozumienie nie jest niemożliwe, choć nie ma co ukrywać, że jego osiągnięcie nie będzie łatwe.



