- WIADOMOŚCI
Szpiedzy z importu. Obywatel Ukrainy zatrzymany w Niemczech
To już nie wygląda na serię odosobnionych incydentów. Jak podała agencja Reuters, 30 marca niemiecka prokuratura poinformowała o zatrzymaniu w Hagen 53-letniego obywatela Ukrainy, Witalija M., podejrzanego o zbieranie dla rosyjskiego wywiadu informacji o człowieku mieszkającym w Niemczech, który wcześniej walczył po stronie ukraińskiej armii. Według Federalnego Prokuratora Generalnego rozpoznanie to mogło służyć także „przygotowaniu dalszych operacji wywiadowczych przeciwko celowi w Niemczech”. To jest właśnie moment, w którym zwykłe słowo „szpiegostwo” przestaje wystarczać. To nie jest już bierne zbieranie informacji. To może być wstęp do gróźb, nacisku, fizycznego uderzenia albo przygotowania operacji na obszarze Unii Europejskiej.
Najbardziej uderza jednak nie tylko sam charakter tej sprawy, ale to, że znów pojawia się obywatel Ukrainy. Zaledwie kilka dni wcześniej, jak pisze Reuters, Niemcy i Hiszpania zatrzymały dwie osoby podejrzane o szpiegowanie dla Rosji: obywatela Ukrainy Siergieja N. oraz obywatelkę Rumunii Allę S. Ich celem miał być człowiek dostarczający Ukrainie drony i komponenty do dronów. Według prokuratury Siergiej N. prowadził rozpoznanie od grudnia 2025 r., a po jego wyjeździe do Hiszpanii zadania przejęła Alla S. W dwóch kolejnych ujawnionych pod koniec marca sprawach rosyjskiej agentury znów więc pojawia się ten sam rys: Moskwa sięga po ludzi z zewnątrz, po pośredników, po wykonawców, których można szybko uruchomić i równie szybko spalić. I znów jednym z nich jest obywatel Ukrainy. To nie jest detal. To jest element metody.
Jeszcze wcześniej, w styczniu, Niemcy ujawniły inną sprawę: zatrzymanie Ilony W., obywatelki Niemiec i Ukrainy, podejrzanej o przekazywanie rosyjskiej stronie informacji dotyczących środowisk związanych z dostawami dronów dla Ukrainy i wydarzeń politycznych. Dzień później Berlin wydalił rosyjskiego dyplomatę podejrzanego o udział w tej operacji. Jeśli zestawić styczniowy przypadek z marcową sprawą Siergieja N. i Alli S. oraz z najnowszym zatrzymaniem Witalija M., widać już nie pojedynczą historię, lecz wyraźny ciąg: Niemcy stają się przestrzenią, w której rosyjskie służby systematycznie interesują się ludźmi, środowiskami i kanałami wsparcia związanymi z Ukrainą.
I właśnie tutaj trzeba postawić pytanie najważniejsze: dlaczego znów obywatel Ukrainy? Z materiałów śledczych i ostrzeżeń niemieckiego kontrwywiadu wynika, że rosyjskie służby coraz chętniej operują przez ludzi, którzy nie są klasycznymi oficerami wywiadu, lecz kimś w rodzaju agentów doraźnych, pośredników i wykonawców. Federalny Urząd Ochrony Konstytucji (BfV) pisze wprost, że od początku pełnoskalowej wojny zagrożenie rosyjskim szpiegostwem, sabotażem i dezinformacją wobec Niemiec mocno wzrosło, a w rosyjskim repertuarze rośnie znaczenie tzw. Wegwerf-Agenten – osób rekrutowanych nisko progowo, często przez media społecznościowe, do zadań takich jak rozpoznanie, propaganda czy sabotaż. Innymi słowy: Rosja coraz częściej nie wysyła własnych „nielegałów”, lecz wynajmuje ludzi do konkretnych robót.
To prowadzi do wniosku znacznie ostrzejszego niż standardowa formuła o „rosnącym zagrożeniu”. Problemem nie jest już tylko to, że Rosja szpieguje w Niemczech. Problemem jest to, że buduje tam elastyczny rynek wykonawców dla operacji przeciwko celom związanym z Ukrainą. Raz jest to obserwacja dostawcy dronów. Innym razem rozpoznanie byłego uczestnika walk. W innych śledztwach – jak pokazują materiały Reutersa dotyczące przesyłek zapalających i siatek sabotażowych w Europie – rozpoznanie logistyczne może być jedynie pierwszym etapem czegoś znacznie groźniejszego. Rosyjska operacyjna logika staje się aż nazbyt czytelna: najpierw namierz, potem przetestuj, potem uderz rękami ludzi, których łatwo wymienić i jeszcze łatwiej się wyprzeć.
W tym sensie kolejne zatrzymanie w Hagen jest ważne nie dlatego, że pokazuje „jeszcze jednego szpiega”. Jest ważne dlatego, że pokazuje powtarzalny wzór. Najpierw Berlin i sprawa Ilony W. Potem marcowa operacja przeciw człowiekowi związanemu z dostawami dronów dla Ukrainy. Teraz kolejny obywatel Ukrainy podejrzany o działanie dla rosyjskiego wywiadu przeciw celowi przebywającemu w Niemczech. To już nie jest margines wojny rosyjsko-ukraińskiej. To jest przeniesienie tej wojny – w wersji wywiadowczej, hybrydowej i pośredniej – w głąb niemieckiego terytorium.
Najbardziej niepokojące jest zaś to, że w tej układance ludzie o ukraińskim pochodzeniu lub obywatelstwie występują podwójnie: jako ofiary rosyjskiego zainteresowania i jako potencjalny zasób do werbunku. To właśnie nadaje całej sprawie szczególną brutalność. Rosja nie tylko ściga tych, którzy wspierają Ukrainę albo walczyli po jej stronie, ale też próbuje rozsadzać to środowisko od środka, wykorzystując podatność, rozproszenie, przymus ekonomiczny albo zwykły cynizm ludzi gotowych pracować dla każdego, kto płaci.
Nie oznacza to zbiorowej odpowiedzialności żadnej grupy. Oznacza to z jednej strony, że rosyjskie służby coraz sprawniej zamieniają ludzką biografię, migrację i wojenną destabilizację w narzędzie operacyjne, a z drugiej – że służby niemieckie oraz pozostałych państw zachodnich nie były w stanie skutecznie dokonać weryfikacji ukraińskiej diaspory, która pojawiła się po wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej w lutym 2022 roku. A to jest zła wiadomość nie tylko dla Ukrainy, lecz także dla Niemiec i całej Europy.
Jak pokazują komunikaty niemieckiej prokuratury, Reuters i ostrzeżenia BfV, Niemcy nie mają już do czynienia z jedną aferą kontrwywiadowczą. Mają do czynienia z coraz lepiej rozpoznawalnym rosyjskim modelem działania: uderzać nie frontalnie, lecz przez ludzi podstawionych, rozproszonych, czasem przypadkowych, ale użytecznych. I właśnie dlatego kolejne zatrzymanie nie powinno być czytane jako koniec problemu, lecz jako następny sygnał, że ta wojna od dawna toczy się także poza linią frontu.

