Reklama
Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • WYWIADY

Rozmawia z terrorystami, prezydentami i szefami służb. Kulisy pracy polskiego negocjatora międzynarodowego

Rozmowa Głowaczewskiego z doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Królestwa Bahrajnu
Rozmowa Głowaczewskiego z doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Królestwa Bahrajnu
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego

Zdarza się, że jedna rozmowa może przesądzić o życiu lub śmierci człowieka. InfoSecurity24.pl rozmawiało z Jakubem Głowaczewskim, negocjatorem reprezentującym polski rząd. Jego rozmówcami bywają głowy państw, szefowie służb specjalnych, generałowie, a nawet członkowie organizacji terrorystycznych. Często stawką prowadzonych przez niego negocjacji jest wolność przetrzymywanego za granicą Polaka.

Reklama

Wyobraź sobie, że jesteś lekarzem. Wyjeżdżasz na misję do Czadu, gdzie zostajesz porwany przez lokalną komórkę ISIS. Albo jesteś turystą podróżującym autobusem przez Burkina Faso, z którego członkowie Al-Kaidy siłą Cię wyciągają i uprowadzają. A może jesteś Polakiem niesłusznie oskarżonym o szpiegostwo, który czeka na wyrok (prawdopodobnie śmierci) w jednym z najcięższych więzień świata w Demokratycznej Republice Konga.

Twoje dalsze losy zależą od tego, czy negocjator wysłany przez Polskę zdoła dogadać się z osobami decyzyjnymi w Twojej sprawie.

Brzmi jak scenariusz filmu? A jednak dla polskiego rządu pracuje człowiek, który zajmuje się takimi sprawami. Jakub Głowaczewski to negocjator międzynarodowy. Na swoim koncie ma rozmowy z przywódcami rozlicznych państw Afryki i Bliskiego Wschodu, przedstawicielami grup terrorystycznych i organizacji przestępczych.

Julia Zalewska-Biziuk: Jak skutecznie negocjować z takimi ludźmi?

Jakub Głowaczewski, negocjator międzynarodowy: Kiedy przyjeżdżam, powiedzmy, do jednego z krajów Sahelu, to umówmy się – Polska nie ma z nim zbyt wiele wspólnego. Inny język, religia, obyczaje, kultura, historia. Praktycznie wszystko nas różni. Zdarzało mi się rozmawiać z prezydentem takiego państwa, który przyznał, że widzi Polaka pierwszy raz w życiu.

Reklama

Jeśli ja przyjeżdżam, bo coś się wydarzyło, to mój rozmówca doskonale wie, dlaczego jestem na miejscu. Nie muszę mu tego tłumaczyć. Dlatego nie przygotowuję się szczególnie do takich rozmów. Kiedy wchodzę do pokoju, nie wiem jeszcze, jak potoczy się rozmowa. Kluczowych jest kilkanaście pierwszych sekund po przywitaniu. To wtedy oceniam, w jaki sposób poprowadzić rozmowę.

Zdarzało mi się przyjść na spotkanie z zamiarem omówienia konkretnej sprawy, na przykład porwania polskiego obywatela, a ostatecznie przez 80 procent czasu rozmawiać o wszystkim innym, tylko nie o tym – np. o historii czy sytuacji w Polsce. Swoją drogą w rozmowach z przedstawicielami rządów czy głowami państw często szukamy wspólnych elementów historii naszych krajów. Rozmawiając o tym, co nas łączy możemy nawiązać relację wykraczającą poza samą sprawę, z którą przyjechałem.

Głowaczewski i prezydent Zambii Hakainde Hichilema
Głowaczewski i prezydent Zambii Hakainde Hichilema
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego
Głowaczewski z liderem lokalnej społeczności w Sudanie
Głowaczewski z liderem lokalnej społeczności w Sudanie
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego

Kluczem do sukcesu jest umiejętności wejścia w czyjeś buty i spojrzenia na sytuację z perspektywy drugiego człowieka. Kiedy przyjeżdżam, staram się zrozumieć, w jakiej sytuacji znajduje się mój rozmówca, z czym się mierzy i jakie ma problemy. Następnie werbalizuję te problemy i pokazuję, że go rozumiem.

Reklama

Sama prośba o pomoc bądź rozmowa o tym, czy mój rozmówca może jej udzielić, staje się już właściwie formalnością. Bo oczywiście, że może pomóc. Pytanie, czy będzie chciał mi pomóc.

Jaka była najbardziej absurdalna rzecz, którą usłyszałeś w trakcie takich rozmów?

(Śmiech). Dostałem kiedyś propozycję od prezydenta Botswany, że w ramach dobrej współpracy między naszymi krajami, chciałby Polsce podarować 1000 słoni i że będzie partycypować w kosztach transportu. Nie żartował. Więc ja, będąc tam, zadzwoniłem do jednego z ministrów i mówię: „Słuchaj, jest sprawa, prezydent Botswany chce dać nam 1000 słoni”. A on mi odpowiedział: „Zapytaj, czy da się je uzbroić. To ustawimy wzdłuż wschodniej flanki NATO”.

Potem, gdy już wyszliśmy od prezydenta, szef wywiadu Botswany powiedział, że tak naprawdę mają do oddania 20 000 słoni, ale doszli do wniosku, że jak by nam zaoferowali aż tyle, to się przestraszę. „To myślałeś, że jak powiecie 1000, to się nie przestraszę?” – zapytałem. „Dlatego powiedzieliśmy że będziemy partycypować w kosztach transportu” – usłyszałem.

Czym jeszcze się zajmujesz poza sprowadzaniem Polaków przetrzymywanych za granicą do kraju?

Biorę również czynny udział w budowaniu stosunków bilateralnych między Polską a krajami trzecimi, zwłaszcza tymi uznawanymi za trudne. Chodzi m.in. o kwestie ekonomiczne. Polaków coraz bardziej interesują kraje Afryki, Bliskiego Wschodu czy Ameryki Południowej. Ponieważ nasza gospodarka się powiększa, coraz więcej polskich spółek wchodzi na rynki krajów na innych kontynentach. 

Reklama
Głowaczewski na spotkaniu z organizacją pracodawców w Chartumie w Sudanie
Głowaczewski na spotkaniu z organizacją pracodawców w Chartumie w Sudanie
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego

W związku z tym budowanie stosunków bilateralnych jest ważne nawet z tego względu, by mieć pewność, że polski biznesmen czy spółka Skarbu Państwa operuje w rejonie w sposób bezpieczny. W tym sensie, że wiemy, że jest nad nimi rozłożony parasol polityczny. Dajemy wtedy biznesmenom większe możliwości działania w takim otoczeniu. Tak samo robią nasi zachodni partnerzy, którzy mają swoje firmy w wielu krajach świata.

Jak liczna jest na świecie grupa negocjatorów, którzy zajmują się sprawami związanymi z porwaniami?

Niewielu jest takich negocjatorów. Wynika to z faktu, że idea, by kraje miały dedykowane osoby do prowadzenia negocjacji w sprawach związanych z porwaniami, jest dość nowa. Dobrym przykładem są tu Stany Zjednoczone. Amerykanie mają masę porwań i detencji rządowych w różnych częściach świata. Jeszcze niedawno, w razie takiej sytuacji, nie wiadomo było do kogo się zwrócić – czy do Białego Domu, Departamentu Stanu, a może do Pentagonu. Dopiero w 2016 roku amerykańska administracja utworzyła stanowisko prezydenckiego specjalnego wysłannika do spraw związanych z porwaniami.

Widzę, że z roku na rok coraz więcej krajów nominuje takie osoby. Przykładowo w tym roku Kanada po raz pierwszy mianowała osobę w randze wiceministra, która jest odpowiedzialna za kwestie związane z porwaniami.

Reklama

Dodam, że my, negocjatorzy, spotykamy się regularnie przy różnych okazjach, mniej lub bardziej zaplanowanych. Na przykład ostatnio był zjazd w Dosze – wszyscy przylecieli na miejsce. Zrobiliśmy to akurat przy okazji dużego forum poświęconego bezpieczeństwu, które wtedy się tam odbywało. Dużo rozmawiamy na temat rozszerzania siatki kontaktów, aby jak najlepiej wykonywać naszą pracę.

Z jakich środowisk najczęściej się wywodzą tacy negocjatorzy międzynarodowi?

Z wszelakich. Nie ma jednej konkretnej ścieżki kariery. Czasami dostaję pytanie, jak to się stało, że robię to, co robię. Zawsze odpowiadam: to przez przypadek. Bo chyba żaden negocjator na świecie – przynajmniej spośród tych, których ja znam – nie zakładał, że będzie pracował w takiej branży.

Często są to osoby, które obecnie lub w przeszłości zajmowały wysokie stanowiska w administracji rządowej. Nie zawsze jednak pełnią już funkcje publiczne. Zdarza się, że pozostają aktywne jako negocjatorzy czy specjalni wysłannicy ze względu na zdobyte doświadczenie i wypracowane przez lata kontakty. Co istotne, takich relacji osobistych nie da się po prostu przekazać następcy wraz z objęciem przez niego danego stanowiska.

Reklama

Czy współpracujesz ze służbami specjalnymi innych państw?

Oczywiście. To są najlepsi ludzie. Przede wszystkim, jeżeli chciałoby się coś załatwić w krajach Bliskiego Wschodu i Afryki, to zdecydowanie łatwiej jest zrobić to przez służby niż przez MSZ. Resorty spraw zagranicznych w tych krajach są niezwykle powolne. Często tamtejsze służby mają taką strukturę, że bezpośrednio podlegają prezydentowi. Mam szerokie kontakty w tym środowisku. To właśnie do nich trzeba zadzwonić, gdy coś się dzieje. Oni dbają także o moje bezpieczeństwo na miejscu i o to, żebym mógł bezpiecznie wrócić.

Jak to się stało, że pracujesz w tej branży?

Po studiach odbywałem staż, a potem pracowałem, w polskiej ambasadzie w Bejrucie. Dzięki temu nawiązałem relacje, które okazały się ważne dla rozwijania stosunków Polski z Libanem i Syrią, wówczas rządzoną przez Baszara al-Asada. Z czasem polska administracja coraz częściej mnie angażowała w sprawy związane z Bliskim Wschodem. Zbiegło to się w czasie z kryzysem migracyjnym w Europie. Nasz rząd szukał nowej formuły współpracy z Damaszkiem. W ten sposób, za sprawą ówczesnej sytuacji politycznej, znalazłem się w samym centrum tych wydarzeń. W Syrii w tamtym czasie dużo osób było zatrzymywanych. Często byli to dziennikarze, którzy nielegalnie przekraczali granicę, żeby przygotować materiał, a niedługo później trafiali w ręce syryjskich służb bezpieczeństwa. Zdarzały się też bardziej nietypowe przypadki. Pamiętam na przykład człowieka, który postanowił pojechać do Syrii, żeby nawracać Syryjczyków na chrześcijaństwo. On również ostatecznie został pojmany przez syryjską bezpiekę.

Dzięki wypracowanym wcześniej relacjom mogliśmy bezpośrednio rozmawiać z ludźmi, do których w innych okolicznościach trudno byłoby dotrzeć. Często spotykaliśmy się z życzliwością z ich strony i pomagali nam w bezpiecznym sprowadzaniu pojmanych osób do kraju.

Reklama
Głowaczewski w Katarze w drodze na negocjacje
Głowaczewski w Katarze w drodze na negocjacje
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego

Tak więc zaczęło się od Bliskiego Wschodu. Potem moja działalność przepięła się trochę na Afrykę.

Czy zdarzyło Ci się negocjować w miejscu realnego zagrożenia?

W 2018 roku przyjechałem do Damaszku w okresie, gdy ISIS kontrolowało znaczną część terytorium Syrii. Pamiętam, że prowadziłem rozmowy w bunkrze, a jakieś 15 kilometrów od Damaszku znajdowały się siły ISIS, które bombardowały miasto. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy, a w tym czasie spadały bomby.

Nie było to dla mnie szczególnie komfortowe, ale widziałem, że siedzący tam generałowie pozostają zupełnie niewzruszeni i kontynuują rozmowy. Pomyślałem więc, że skoro oni siedzą, to ja też będę siedział.

Z kim się trudniej negocjuje – z ISIS czy Al-Kaidą?

Wiesz, kilka lat temu porwano naszego obywatela w Burkina Faso. Od rządu tego kraju dowiedzieliśmy się, że stała za tym Al-Kaida. Przyznam, że nawet mi ulżyło. ISIS do niedawna prowadziło politykę zero negocjacji, zwłaszcza z rządami państw zachodnich. Dopiero teraz zaczyna się to zmieniać. W tamtym czasie bardzo trudno byłoby przekonać ich do rozmów, konieczne mogłoby się okazać przeprowadzenie operacji kinetycznej. Natomiast Al-Kaida, bądź co bądź, często dotrzymuje złożonych obietnic.

Reklama

Co ciekawe, przedstawiciele Al-Kaidy potrafią zadzwonić i sami z siebie przekazywać informacje. Kiedy ostatnio porwano obywatela naszego południowego sąsiada Al-Kaida skontaktowała się z moim znajomym, który siedzi tam na miejscu. Przekazali mu: „.Powiedz wszystkim, że to nie my”.

Jak doszło do porwania Polaka w Burkina Faso?

Tam generalnie dużo osób jest porywanych. Ten chłopak podróżował autobusem ze stolicy Burkina Faso do Nigru. Na którymś punkcie kontrolnym, nieopodal granicy z Nigrem, został zatrzymany i siłą wyciągnięty z autobusu. Porywacze wsadzili go na motocykl i odjechali. Poinformowali nas o tym partnerzy europejscy, którym przekazały taką informację struktury bezpieczeństwa Burkina Faso. 

Ta sprawa była o tyle problematyczna, że Polska nie ma żadnych relacji z Burkina Faso. Najbliższą ambasadę mamy w Senegalu. Przylecieliśmy z Warszawy do Wagadugu (stolicy Burkina Faso – red.), gdzie zostaliśmy przyjęci przez tamtejsze władze. Na miejscu dołączyła do nas osoba z ambasady Polski w Senegalu, by udzielić nam wsparcia konsularnego.

Reklama

Z tymi organizacjami terrorystycznymi jest tak, że oficjalnie nikt nie ma z nimi kontaktu. Natomiast w praktyce lokalne struktury bezpieczeństwa często jednak mają. W Wagadugu odbyliśmy szereg spotkań, w tym z prezydentem Burkina Faso.

Rozmowa z głową państwa okazała się kluczem do sukcesu. Powiedziałem prezydentowi, że bardzo się cieszę, że możemy się poznać, choć żałuję, że w takich okolicznościach. Dodałem, że nawet ze złych rzeczy może wyniknąć coś dobrego. Bo prawda jest taka, że w innych okolicznościach pewnie nigdy byśmy się nie spotkali. Bardzo dobrze nam się rozmawiało. W pewnym momencie miała miejsce zabawna sytuacja. Sięgnąłem po dużą torbę i podałem ją prezydentowi, mówiąc „Ekscelencjo, mam jeszcze taki mały prezent”. Była nim rzeźba Piłsudskiego. Prezydent się nachylił i zapytał: „wódka?”. Obiecałem, że po powrocie do Polski prześlę mu butelkę.

Głowaczewski z jednym z generałów w Burkina Faso
Głowaczewski z jednym z generałów w Burkina Faso
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego

W trakcie rozmowy nie padły żadne deklaracje ze strony prezydenta, natomiast powiedział, że „pomoże jak może” w sprawie naszego porwanego obywatela. Trzy tygodnie później dostaliśmy telefon, że mają Polaka. Jak się dowiedziałem, po naszej rozmowie z prezydentem Burkina Faso zmobilizowano tamtejsze służby bezpieczeństwa. Nawiązały one kontakt z porywaczami i ostatecznie doprowadziły do przekazania chłopaka służbom.

Reklama
Głowaczewski z uratowanym polskim turystą oraz jednym z generałów w Burkina Faso
Głowaczewski z uratowanym polskim turystą oraz jednym z generałów w Burkina Faso
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego

Okazało się, że był przetrzymywany w wyschniętym korycie rzeki w dżungli na południu kraju. Al-Kaida nie chciała konfrontacji z tamtejszymi służbami specjalnymi. Podrzuciła Polaka pod najbliższy posterunek policji i kazała mu tam iść.

A czy zdarzały się przypadki przeprowadzania operacji kinetycznych w celu odbicia polskiego obywatela?

Tak. Przytoczę historię lekarki, która została porwana na południu Czadu. Pracowała w klinice, w takim dość odległym miejscu. Przyjechało kilku panów na dwóch motocyklach, udawali pacjentów. Porwali ją i obywatela Meksyku. Wsadzili ich na motocykle i odjechali. Meksykanin im po drodze spadł. Została tylko Polka. Tu była walka naprawdę o każdą godzinę. Za porwaniem stała lokalna grupa aspirująca do ISIS. Podejrzewaliśmy, że zamierza sprzedać ją w Republice Środkowoafrykańskiej, być może najemnikom z Grupy Wagnera.

Głowaczewski z prezydentem Czadu Mahamatem Débym Itno
Głowaczewski z prezydentem Czadu Mahamatem Débym Itno
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego

Władze Czadu bardzo szybko uruchomiły procedury, które spowodowały, że odcięto drogę tym ludziom od granicy z Republiką Środkowoafrykańską. Porywacze musieli zmienić trasę, kierując się w stronę gór i dżungli. Prezydent Czadu zdecydował o wysłaniu specjalnej grupy pościgowej. To wszystko działo się bardzo szybko. Ta grupa jechała w dzień i w nocy. Znaleźli porywaczy w górach na południu Czadu i przeprowadzili tak zwaną operację kinetyczną. Zasadzili się na śpiących tam terrorystów. Lekarka zauważyła ruch w trawie, kazali jej się położyć. I odbili ją. Porywacze zginęli.

Reklama

Dlaczego mieliby ją sprzedać akurat wagnerowcom?

Często wygląda to właśnie w ten sposób: takie niewielkie grupy przeprowadzają różnego rodzaju operacje, a później próbują sprzedać porwaną osobę komuś, kto ma możliwości prowadzenia negocjacji. Taka większa organizacja będzie wiedziała, do kogo zadzwonić, jak przesłać dowód życia i zacząć rozmowy.

Natomiast lokalne grupy terrorystyczne same nie potrafią prowadzić negocjacji. Za przekazanie zakładnika komuś, kto się na tym zna i ma odpowiednie możliwości dostaną pieniądze. W ten sposób zarabiają na porwaniu, a osoba uprowadzona trafia do kolejnej grupy, która może doprowadzić sprawę do końca.

Czy Twoja misja w Czadzie ograniczała się tylko do rozmowy z prezydentem?

W Czadzie zrobiłem własne rozeznanie. O dziwo w mieście mieszka kilku Polaków. Dużą pomocą wykazał się polski ksiądz, który rezyduje w Ndżamenie od ponad 20 lat. Mieszkają tam też byli legioniści. Mamy zresztą wielu Polaków w Legii Cudzoziemskiej.

Reklama

Zarówno byli, jak i obecni legioniści świetnie orientują się w krajach frankofońskich, zwłaszcza w państwach Sahelu i Sahary. Kilkukrotnie spotykałem się z tymi ludźmi. Wyjaśniali mi zawiłości czadyjskiej polityki, między innymi związane z prezydentem, żebym mógł jak najlepiej odnaleźć się w tamtejszej sytuacji i odpowiednio się w niej pozycjonować.

Z kim jeszcze współpracujesz na miejscu?

Zdarzało mi się szukać pomocy lub kontaktować z bardzo różnymi podmiotami, czasem zupełnie nieoczywistymi. W jednym przypadku zwróciłem się o pomoc do Watykanu – co ciekawe, w sprawie kraju w stu procentach muzułmańskiego. Watykan ma wieloletnią obecność misyjną w różnych częściach Afryki.

Księża potrafią mieszkać w jednym regionie kilkadziesiąt lat, doskonale znają lokalne społeczności i mają z nimi dobre relacje. Dzięki temu stają się niezwykle cennym źródłem wiedzy o danym miejscu i jego mieszkańcach. Często potrafią dotrzeć do informacji, które dla innych są niedostępne.

Reklama

Współpracuję też z Czerwonym Krzyżem, który działa na całym świecie i doskonale wie, że budowanie relacji jest niemal gwarantem bezpieczeństwa zarówno organizacji, jak i jej pracowników. Dlatego przykłada ogromną wagę do nawiązywania kontaktów i utrzymywania relacji w krajach, w których prowadzi działalność. Czerwony Krzyż ma wyspecjalizowany zespół, który zajmuje się negocjacjami w sprawach zakładników.

Zasada jest prosta: kontaktujesz się z każdym, kto może pomóc. Nie ma większego znaczenia, czy mowa o państwie demokratycznym, czy nie. Jeśli działasz w danym kraju, musisz umieć porozumieć się z ludźmi, którzy sprawują tam władzę i mają realny wpływ na sytuację. Trzeba rozmawiać z tymi, którzy są na miejscu, niezależnie od tego, kim są i jaki system reprezentują.

A zdarzyło ci się kiedyś negocjować z przedstawicielami Grupy Wagnera?

Nie, nigdy. Grupy Wagnera właściwie już nie ma, ale Rosjanie nadal aktywnie działają w regionie. Z pewnych źródeł wiem, że zaczynają porywać ludzi w Sahelu, podszywając się pod różne organizacje. Zdarza się, że działania te przypisują lokalnym grupom, a nawet organizacjom terrorystycznym, takim jak Al-Kaida czy ISIS.

Reklama

Jak nawiązujesz kontakty z terrorystami?

W większości przypadków staram się, żeby kontakt odbywał się przez pośrednika. Dzięki temu druga strona czuje się bardziej komfortowo. Ważne jest, żeby pojawił się ktoś zaufany, kto przekaże wiadomość, dostarczy potrzebne rzeczy albo coś zalatwi. Pośrednik buduje pewien poziom zaufania i ułatwia nawiązanie kontaktu.

Czy są kobiety, które wykonują Twój zawód?

Tak. Wspomniana nowomianowana osoba w Kanadzie na stanowisko negocjatora ds. porwań to właśnie kobieta. Uważam, że nie ma absolutnie żadnych przeciwwskazań, by kobiety pełniły takie funkcje.

Czasami może się wydawać, że w krajach arabskich kobieta nie powinna zajmować się takimi sprawami. Ja jednak spotkałem w życiu kobiety o niezwykłej aurze i silnym charakterze, które nawet w krajach arabskich nazywane są „Żelaznymi Damami” i cieszą się olbrzymim szacunkiem.

Reklama

Czy nie myślałeś kiedyś o tym, by wstąpić do służb specjalnych?

Raczej nie. Natomiast w czasie studiów chciałem brać udział w misjach pokojowych ONZ. Myślałem o zajmowaniu się mediacją kulturową między ludnością lokalną a błękitnymi hełmami. Są tam osoby, które pomagają tłumaczyć kody kulturowe, czyli budować relacje i wyjaśniać lokalnym społecznościom, dlaczego siły pokojowe są w danym miejscu i jaki jest cel ich obecności. Jednocześnie pomagają zrozumieć żołnierzom, że istnieją określone normy kulturowe i zasady, których muszą przestrzegać.

Czy to, że nie jesteś mundurowym, ułatwia Ci pracę, czy raczej ją utrudnia?

W wielu krajach bardzo dużą wagę przywiązuje się do stopni wojskowych i hierarchii, a mundur jest rzeczywiście darzony dużym szacunkiem. Gdybym był emerytowanym oficerem na pewno by mi to nie zaszkodziło, a wręcz mogłoby pomóc.

Głowaczewski z szefem sudańskiej służby bezpieczeństwa
Głowaczewski z szefem sudańskiej służby bezpieczeństwa
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego

Co prawda nie jestem osobą mundurową. Jednak jestem efektywny w tym, co robię z tego względu, że reprezentuję rząd. Rozmówcy postrzegają mnie trochę na styku polityki i bezpieczeństwa. Oczywiście, gdybym był byłym wojskowym w stopniu generała, pewnie byłoby mi łatwiej. Ale nie sądzę, żeby mi taki stopień przyznali – muszę zapytać w pracy (śmiech).

Reklama

Czy pracujesz głównie w pojedynkę?

To nie jest jednoosobowa działalność gospodarcza. Nie jest tak, że ja jestem jakimś cudotwórcą, który lata po świecie i wszystko sam załatwia. Za tym stoi cały zespół bardzo dobrych specjalistów, którzy pracują tutaj, w Warszawie. Pozyskują oni informacje z innych krajów i instytucji, które później, podczas moich działań w terenie, są mi przekazywane. Zawsze pozostaję z nimi w stałym kontakcie – informuję ich o rozwoju sytuacji, a jednocześnie sam otrzymuję od nich duże wsparcie.

Oni również utrzymują kontakt z rodziną porwanej osoby. To niezwykle ważny element w sytuacji kryzysowej – rodzina musi czuć się zaopiekowana, że nie została pozostawiona sama sobie.

Pojawia się sytuacja kryzysowa, na którą musicie zareagować. Od czego zaczynacie?

W Ministerstwie Spraw Zagranicznych tworzona jest tzw. grupa kryzysowa. Moja rola polega na tym, że kiedy już coś się wydarzy, mam do kogo zadzwonić. A ta osoba ode mnie odbierze. Jeśli mam takie kontakty, zaczynam z zupełnie innego poziomu. Gros tej pracy polega właśnie na tym, żeby mieć te kontakty. Dlatego jako negocjatorzy współpracujemy ze sobą. Tak naprawdę wszyscy razem pokrywamy znaczną część globu poprzez te kontakty.

Jak powstaje taka grupa kryzysowa?

Załóżmy, że dochodzi do porwania. Wtedy, decyzją ministra lub wiceministra, powoływana jest grupa kryzysowa. W jej skład wchodzą przedstawiciele różnych ministerstw, służb i instytucji państwowych. Każdy wnosi swoją wiedzę, kompetencje i możliwości działania. Taka grupa pozostaje w stałym kontakcie, wymienia się informacjami i koordynuje między sobą działania, żeby wspólnie wypracować rozwiązanie w danej sytuacji.

Reklama

Jakie predyspozycje musi mieć osoba na twoim stanowisku?

Kluczowa jest inteligencja emocjonalna. Umiejętność aktywnego słuchania – to coś, co dziś stopniowo zanika. Kiedy rozmawiamy, często zamiast naprawdę słuchać drugiej osoby, czekamy tylko, aż skończy mówić, żeby samemu zabrać głos. Mamy taką tendencję.

W tej branży musisz znać się na ludziach. Rozmawiasz z osobami, które przejęły władzę w wyniku zamachu stanu, przedstawicielami grup terrorystycznych, reprezentantami resortów siłowych i reżimów. Żeby rozmowy miały sens, każdą z tych osób musisz zrozumieć.

Masz jakiś trik, z którego korzystasz w trakcie negocjacji?

Mam pewien sposób, z którego korzystam w sytuacjach, kiedy przyjeżdżam, żeby odzyskać porwanego człowieka. Mówię wtedy mojemu rozmówcy: „Od tego momentu pracuję dla Ciebie. Będziemy współpracować tak długo, aż znajdziemy rozwiązanie, na które obaj będziemy mogli się zgodzić”. Jeśli ktoś porwał człowieka albo reprezentuje tych, którzy go przetrzymują, mówię wprost: „Słuchaj, przyjechałem po tego człowieka. Chcę, żeby wrócił do domu cały i zdrowy. Powiedz mi, co możemy zrobić, żeby do tego doprowadzić. Jak możemy wypracować rozwiązanie, które będzie dla ciebie do zaakceptowania? Czego potrzebujesz? Zastanówmy się nad tym wspólnie”.

Reklama

Nie przyjeżdżam po to, żeby od początku stawiać warunki i mówić drugiej stronie, co ma zrobić. Przyjeżdżam, żeby wspólnie z nią znaleźć drogę do celu. Ja teraz jestem w jego teamie do momentu, kiedy mi odda mojego obywatela.

Głowaczewski ze swoim odpowiednikiem w USA
Głowaczewski ze swoim odpowiednikiem w USA
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego

Amerykanie również zaczęli stosować tę samą technikę. Przyjrzeli się dokładnie temu podejściu i okazało się, że potrafi przynosić znakomite rezultaty.

Bo wyobraź sobie taką sytuację: do tej pory jesteś dla drugiej strony przeciwnikiem, który przyjeżdża i mówi: „Oddaj człowieka, bo jeśli tego nie zrobisz, poniesiesz konsekwencje”. A nagle pojawia się ktoś, kto mówi: „Słuchaj, od teraz gramy do jednej bramki. Usiądźmy i ustalmy, co musimy zrobić. Ja spróbuję załatwić to, co jest potrzebne, po swojej stronie”.

I wtedy druga strona nagle zmienia swój sposób myślenia. Zamiast konfrontacji pojawia się współpraca.

Na co musisz być szczególnie wyczulony w swojej pracy?

Z pewnością muszę działać w pewnych ustalonych ramach i pamiętać, że podczas spotkań z ważnymi osobami każde moje słowo może zostać wykorzystane przeciwko mnie. Dlatego zawsze powinienem zachowywać szczególną ostrożność.

Reklama
Głowaczewski z sekretarzem Afrykańskiej Organizacji ds. Bezpieczeństwa
Głowaczewski z sekretarzem Afrykańskiej Organizacji ds. Bezpieczeństwa
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego

Na co dzień  muszę zwracać uwagę na to, co dzieje się na świecie i jakie zmiany możemy przewidywać. W naszej pracy, dzięki dostępowi do ogromnej ilości informacji, staramy się dostrzegać pewne tendencje i rozumieć, w jakim kierunku rozwijają się różne sytuacje. Analizujemy, gdzie mogą wybuchać konflikty, jakie są polityczne ambicje różnych stron i gdzie mogą wystąpić napięcia, które zagrożą interesom Polski lub bezpieczeństwu naszych obywateli. Muszę być przygotowany na wypadek kryzysu – wiedzieć, z kim mogę się skontaktować i jakich działań się podjąć.

Czy podczas misji zdarzyło ci się zobaczyć coś, co szczególnie zapadło Ci w pamięć?

Wiele z tych miejsc wiąże się nie tylko z trudnymi doświadczeniami, ale i z pozytywnymi obserwacjami. Pamiętam na przykład obozy dla uchodźców, w których spotykałem dzieci. Często opowiadałem, że były to chyba najszczęśliwsze dzieci, jakie widziałem, mimo że tak naprawdę nie miały prawie nic. To niesamowite, że nawet w tak trudnych warunkach potrafią zachować taką naturalną radość i uśmiech. To naprawdę robiło na mnie ogromne wrażenie. Oczywiście jest też ta druga strona. W obozach dla uchodźców widać ogromną biedę.

Spotykałem też wielu wspaniałych, otwartych ludzi w różnych, często trudnych krajach. Wystarczy pójść na targ czy plac w którymś z krajów Sahary lub innych częściach Afryki, żeby doświadczyć niezwykłej, czasem wręcz legendarnej gościnności.

Reklama

Czy podczas spotkań z osobami z najwyższego szczebla zetknąłeś się z jakimiś zwyczajami lub elementami innej kultury, które początkowo bardzo Cię zaskoczyły?

Często zdarza się, że w krajach arabskich mężczyźni chodzą za rękę. Sam miałem taką sytuację, kiedy przyjechałem do jednego z takich krajów. Szef bezpieczeństwa państwa, generał cieszący się ogromnym szacunkiem, szedł ze mną za rękę przez pałac prezydencki na spotkanie z prezydentem. Dla nas wydawałoby się to dziwne, prawda? Podobnie bywa podczas spotkań z szefami służb w krajach Afryki Północnej. Kiedy stajemy do zdjęcia, taki szef służby może wziąć mnie za rękę i pozujemy w ten sposób. To zupełnie normalne. Taki gest oznacza po prostu: „To mój brat”.

Rozmowa Głowaczewskiego z doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Królestwa Bahrajnu
Rozmowa Głowaczewskiego z doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Królestwa Bahrajnu
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego

Gdybyś zdecydował się odejść z pracy, czy ktoś mógłby cię zastąpić?

Mam nadzieję. Nie ukrywajmy, ta praca wymaga pewnych poświęceń. Trzeba być dostępnym niemal 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Zdarzało mi się, że byłem na urlopie i dostawałem telefon z informacją, że pojawiła się jakaś sytuacja kryzysowa. Wtedy mówiłem: „Dobra, już się pakuję i jutro będę na miejscu”.

Oczywiście mogę odmówić. Tylko co z tego, że będę siedział na urlopie, wiedząc, że coś się wydarzyło i jestem potrzebny? To już nie będzie żaden urlop. Dlatego trzeba być dyspozycyjnym. To pierwsza sprawa. Druga sprawa jest taka, że to nie jest praca, która przynosi wielkie korzyści finansowe. Wymaga natomiast sporo poświęcenia, więc trzeba ją po prostu lubić. To nie jest praca od 9 do 17. To także weekendy i wieczorne rozmowy z różnymi osobami.

Reklama

Czy zdarza Ci się mieć typowy dzień pracy, na przykład od 9 do 17?

Tak, oczywiście, zdarzają się takie dni. Wiele zależy od tego, jak intensywny jest dany okres. Kiedy dużo się dzieje, moja praca staje się bardzo elastyczna.

Jestem jednak członkiem administracji, więc normalnie przyjeżdżam do pracy. Muszę być w miejscu, w którym mam dostęp do dokumentów i informacji, często niejawnych, a także do służbowych telefonów i poczty elektronicznej. To przestrzeń, w której mogę wykonywać swoje obowiązki. Natomiast nikt nie wymaga ode mnie, żebym siedział bez sensu przy biurku.

Zasadnicza część tego, do czego mogę się przydać naszemu krajowi, zaczyna się wtedy, gdy jestem za granicą. To właśnie tam wykonuję najważniejszą część swojej pracy. Wszystko, co robię w Polsce, to w dużej mierze przygotowania do wyjazdów: negocjacje, dalsze działania i podtrzymywanie kontaktów. To wszystko służy temu, żebym mógł polecieć na miejsce i prowadzić rozmowy.

Jaka była Twoja najtrudniejsza misja?

Każda jest inna. Najbardziej zagmatwana była w Demokratycznej Republice Konga w 2024 roku, kiedy próbowaliśmy wydostać z więzienia Polaka bezpodstawnie oskarżonego o szpiegostwo. Tam było niesamowicie wiele czynników, które utrudniały nam znalezienie rozwiązania. Sprawa była szeroko nagłaśniana w kongijskich mediach. Zaangażowani w nią byli politycy, wojskowi. Dodatkowo musieliśmy mierzyć się z presją kongijskiego społeczeństwa, które było urażone działaniami strony polskiej.

Reklama

Sędzia prowadzący sprawę, z którym miałem wypracowane relacje, miał oczyścić Mariusza ze wszystkich zarzutów. Niestety sytuację skomplikował nieudany zamach stanu, w którym brali udział Amerykanie. Doszło do niego, gdy Majewski oczekiwał na wyrok.

Uczestnicy przewrotu wtargnęli do budynków premiera i próbowali szturmować pałac prezydencki. Kongo dosłownie wrzało. Na ulice wyszło wojsko, obowiązywała godzina policyjna. Sytuacja była dramatyczna. Kongijczycy naprawdę nie żartują, kiedy ktoś próbuje obalić ich prezydenta.

Głowaczewski z szefem bezpieczeństwa Demokratycznej Republiki Konga
Głowaczewski z szefem bezpieczeństwa Demokratycznej Republiki Konga
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego

Nieudany zamach stanu sprawił, że sprawa Polaka stała się wewnętrzną decyzją polityczną. Przestała mieć cokolwiek wspólnego z samym Mariuszem. Mógł być najbardziej niewinnym człowiekiem na świecie, ale nie miało to już znaczenia. Chodziło o to, żeby pokazać, jakie konsekwencje ponosi się za ingerowanie w wewnętrzne sprawy Kongo. W efekcie dzień przed planowanym zwolnieniem zmieniono Polakowi wyrok na karę śmierci. Sędzia prowadzący sprawę zmienił później karę śmierci na dożywocie. Zrobił to, żeby dać nam więcej czasu na działanie.

Reklama

Ostatecznie udało się wydostać Polaka z więzienia. A co się stało z pojmanymi Amerykanami?

Dzień po nieudanym zamachu stanu Joe Biden zadzwonił do prezydenta Konga Felixa Tshisekediego. Poprosił, żeby nie zabijać tych Amerykanów.

Nie było więc tak jak w naszym przypadku, gdy po uwięzieniu Mariusza czekaliśmy kilka miesięcy, aż głowa naszego państwa do nich zadzwoni. Amerykanie mieli zupełnie inną pozycję wyjściową, bo rozmowa między prezydentami odbyła się niemal natychmiast.

Głowaczewski z prezydenckim specjalnym wysłannikiem ds. Porwań
Głowaczewski z prezydenckim specjalnym wysłannikiem ds. Porwań
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego

Co ciekawe, administracja amerykańska wiedziała dużo o Mariuszu i całej sytuacji. Jej przedstawiciele pytali, jak udało mi się go wydostać z tamtego więzienia. Ostatecznie Amerykanie, którzy brali udział w zamachu również zostali wypuszczeni, ale pod warunkiem, że będą odsiadywać wyrok w USA.

Czy zdarza ci się pomagać obywatelom innych państw?

Zazwyczaj staramy się pomagać rządom innych państw, jeśli nas o to poproszą. Ostatnio odezwały się do nas dwa europejskie kraje w sprawie zaginionych lub zatrzymanych obywateli, prosząc nas o pomoc w nawiązaniu odpowiednich kontaktów.

Reklama

Zadeklarowałem również gotowość do udzielenia im bezpośredniego wsparcia, także na miejscu. Uważam, że właśnie na tym polega współpraca – powinniśmy sobie pomagać. To, czy ostatecznie polecę na miejsce, jest do dogadania później, choć byłby to już gest ze strony państwa, a nie moja prywatna inicjatywa. To Polska musiałaby zostać poproszona o pomoc, a następnie wykorzystałaby dostępne jej narzędzia.

Mój amerykański odpowiednik również niedawno bardzo mi pomógł w Wenezueli, po tym jak Nicolás Maduro został pojmany i doszło do całej operacji uwalniania ludzi przetrzymywanych w więzieniach. Było tam wiele osób, które zostały uwięzione za jego rządów. Wśród nich również Polacy. Moi amerykańscy koledzy pomogli mi w doprowadzeniu ich do naszej ambasady w Caracas.

Głowaczewski i jego odpowiednik w USA Roger Carstens
Głowaczewski i jego odpowiednik w USA Roger Carstens
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego

Amerykanie również wiedzą, że mogą liczyć na moją pomoc. Kiedy zaginęło dwóch obywateli USA w Nigrze, zwrócili się do mnie z prośbą, żebym skontaktował się z odpowiednimi osobami i pomógł w tej sprawie.

Reklama

Czy udało Ci się zapobiec jakimś niebezpiecznym sytuacjom?

Rok po tym, jak uwolniliśmy Polaka z Burkina Faso, jadłem kolację z szefem tamtejszego wywiadu. W trakcie spotkania dostałem informację z naszej ambasady w Senegalu, że grupa Polaków zamierza przejechać dwoma jeepami z Wybrzeża Kości Słoniowej przez Burkina Faso, a następnie kontynuować podróż, chyba do Togo. To trochę tak, jakby ktoś uznał, że świetnym pomysłem będzie przejechanie sobie przez Sudan na rowerze.

Siedziałem wtedy przy stole z szefem wywiadu Burkina Faso. Pokazałem mu trasę, którą planowali pokonać, i zapytałem: „Ty, popatrz na to. Gdzie oni chcą jechać?”. Spojrzał na mapę i powiedział: „Jadą centralnie przez terytorium Al-Kaidy. Na sto procent zostaną porwani”.

Akurat dobrze się złożyło, że siedziałem z człowiekiem, który doskonale znał sytuację na miejscu. Zadzwonił do straży granicznej w Wagadugu i zablokowano Polakom możliwość wjazdu do Burkina Faso. Ostatecznie jednak udało im się przedostać do kraju. Władze Burkina Faso zdecydowały się wówczas zapewnić im eskortę. Polacy zostali umieszczeni w konwoju i pod wojskową ochroną przejechali całą drogę do Wagadugu.

Reklama

Jak odnosić sukcesy w Twojej branży?

W naszej branży, bez względu na to, ile razy udało Ci się doprowadzić do szczęśliwego finału i bezpiecznie sprowadzić kogoś do domu, za każdym razem zaczynasz od zera.

Ale opowiem Ci anegdotę, którą przytoczyłem podczas mojego wystąpienia w Katarze. Zapytano mnie wtedy, jak buduję relacje w trudnych krajach, w których nie mamy zbyt wielu punktów odniesienia, m.in. na miejscu nie mamy ambasady, nikt nas nie zna i nie mamy żadnych kontaktów. Jak zbudować relacje na tyle bliskie, by ci ludzie byli gotowi ci pomóc?

Był taki wywiad, który udzielił kiedyś Hans Zimmer. Powiedział, że chciałby, aby za każdym razem, gdy dostaje Oscara, od razu wręczano mu też główny motyw muzyczny do kolejnego filmu, nad którym będzie pracował. Zimmer tłumaczył, że kiedy ktoś przychodzi do niego z propozycją napisania muzyki do filmu, jego odpowiedź brzmi: „Słuchaj, nie mam absolutnie żadnego pojęcia, jak to zrobić”.

Reklama

Mimo że jest geniuszem muzycznym, za każdym razem zaczyna od początku. Po prostu siada i mówi: „Nie mam pojęcia, jak to zrobić”. I myślę, że w naszej branży jest podobnie – tym kolejnym motywem muzycznym jest numer telefonu. Za każdym razem, kiedy coś się dzieje, zaczynasz od zera, niezależnie od wcześniejszych sukcesów. Zawsze towarzyszy Ci niepewność. Jak to się u nas mówi: zawsze jest źle, dopóki nie jest dobrze.

Głowaczewski wręcza prezydentowi Ugandy Yoweriemu Museveniemu obraz od polskiego rządu
Głowaczewski wręcza prezydentowi Ugandy Yoweriemu Museveniemu obraz od polskiego rządu
Autor. © Zbiory własne Jakuba Głowaczewskiego

To, że udało mi się coś osiągnąć w jednym miejscu, nie oznacza, że za rok osiągnę to samo gdzieś indziej. Absolutnie. Dlatego trzeba mieć w sobie pokorę. Bez niej za daleko nie się nie zajdzie w tej branży.

Dziękuje za rozmowę.

Reklama